Waligóra Run Cross – Sławkowa edycja urodzinowa

Waligóra Run Cross – Sławkowa edycja urodzinowa

Kiedy ktoś z rodziny czy znajomych ma urodziny, to wiadomo jak to jest. Jedzonko, wypitka…może jakieś tańce – tradycyjne świętowanie jubileuszu. Jednak kiedy zbliżał się czas okrągłych urodzin przyjaciela Sławka, wiedziałem, że nie do końca będzie tak tradycyjnie, że nie usiądziemy przy stole i napasiemy nasze brzuchy popijając zimnym piwem….przynajmniej nie tak szybko. 😉 Wstępnie mówił mi, że w sobotni poranek zrobimy sobie w kilka osób trening – w jego ulubionych – Górach Suchych. Nasz rejon może nie ma wysokich szczytów, ale są miejsca gdzie techniczne podejścia dają w kość niejednemu twardzielowi. Im bliżej było urodzinowego dnia, tym ten „trening” coraz bardziej przeistaczał się w koleżeńskie zawody. Pojawiła się nazwa biegu – Waligóra RUN Cross. Sławek praktycznie sam zajął się organizacją całej imprezy….od pomiarów (czasami ktoś się z nim zabrał dla towarzystwa) i znakowania trasy, po zorganizowanie wolontariuszy, Komandora biegu, punktów z wodą i izotonikiem, a po biegu piwko i pyszny obiad dla uczestników w Schronisku Andrzejówka. Ba, żeby tego było mało, to na zwycięzców biegu czekały statuetki, a dla wszystkich zawodników pamiątkowe medale oraz tematyczne książki – z dedykacją organizatora. Byłem pod wielkim wrażeniem, jak pomimo codziennych obowiązków, był w stanie ogarnąć całe przedsięwzięcie. BRAWO!

Punktem zbornym był parking koło schroniska, gdzie przygotowaliśmy się do biegu. Jejusiu…same znajome twarze, aż serce się radowało na samo spotkanie, do tego wspólny bieg, później obiad….bajka. Kiedy wszyscy się już zebrali i przygotowali do zabawy, udaliśmy się na umowny start, gdzie Sławek zrobił małą odprawę. Poinformował co nas czeka na trasie, na co zwracać uwagę, że będą wolontariusze w newralgicznych punktach, żebyśmy się nie pogubili, będą punkty z wodą…no pełna profeska. Jeśli o trasę chodzi, to do łatwych nie należy. Powiem więcej, profil nie pokazuje tego co nas tam miało czekać.

Po wstępie odliczanie i DZIDA! Czułem, że forma jest, więc nie kalkulując ruszyłem za najszybszymi. Początek był o tyle ważny, że po ok. 300m wdrapywaliśmy się na pierwszy szczyt (Waligórę) wąską ścieżką i jeśli dobiegłbym na dalszej pozycji, trudno byłby wyprzedzać. Na prowadzenie błyskawicznie wyskoczył Filip Szuszkiewicz. Mocny chłop z Mieroszowa, za nim gonił Łukasz Dziądziak, trzeci Jarek Łuczkiewicz,a tuż za  podium do wspinaczki doskoczyła moja skromna osoba. Do tyłu się nie oglądałem tylo odpychając rękoma kolana wspinałem się wyżej i wyżej, nie tracąc kontaktu z Jarkiem. Szkoda, że nie zabrałem ze sobą kijków – w tym terenie sprawują się one bezbłędnie. Jeszcze trochę sapnięć, odepchnięć, głęboki oddech i „szczytujemy”. Teraz puszczamy nogi, poddajemy się grawitacji i biegniemy w dół. Oczywiście trzymam się kolegi, ale kontroluję samopoczucie, żeby nie zakwasić się na samym początku. Zamieniam z Jarkiem kilka zdań, odnośnie Łukasza, który nam uciekł. 😉 Zbiegaliśmy dobre 3km, gdzie jeden z kilometrów zamknąłem tempem 4:11. Jak na moje górskie bieganie to jest naprawdę szybko.

Na trasie. fot. Sławek Szarafin

Na trasie. fot. Sławek Szarafin

Kolejnym celem jest wdrapanie się na Ruprechticky Szpicak (880m n.p.m.). Na tym długim zbiegu Jarek odszedł mi na tyle, że go nie widziałem, ale jak tylko dobiegłem do stóp Ruprechta, widziałem jego i o dziwo Łukasza. Był też Sławek, który w tym miejscu robił zdjęcia i dopingował nas. Pomyślałem, że nie jest tak źle….cały czas utrzymuję mocną czwartą pozycję. Ponownie pozycja wspinaczkowa, którą kiedyś podejrzałem u Ani Celińskiej – pochylony z rękoma na kolanach i odpychano, nie zatrzymując się nawet na chwilę, żeby nie doprowadzić do rozluźnienia mięśni. Na chwilę obejrzałem się, żeby zerknąć czy się ktoś nie zbliża….UPS, jak to możliwe…chyba widzę Darka Kalisza, ale ma parę. Całe szczęście on zaczynał podbieg, a ja byłem na końcówce. Myk był taki, że trasa nie prowadziła przez sam szczyt góry, tylko wzdłuż granicy państwa, jakieś 100m przed czubkiem  skręcaliśmy w lewo. Chwila zawahania, ale jak byk oznaczenie niebieską farbą wskazywało kierunek biegu. Znowu w dół, tym razem dość ostro. Nie chciałem się rozpędzać za bardzo, żeby nie ryzykować kontuzją. Jeszcze dwa ważne dla mnie starty w tym sezonie. 😉

Trochę się zdziwiłem, że nie widzę chłopaków, przecież na podbiegu byli w zasięgu wzroku. Może takie z nich szatany na zbiegach. Widzę pierwszą wolontariuszkę, która stała w newralgicznym punkcie informując, w którym kierunku trzeba biec. Jej słowa spowodowały, że szczęka mi opadła i ciągnąłem ją za sobą. Jesteś drugi! – Jak to? – No drugi!

Hmmm, musieli pomylić trasę, to jest niemożliwe. Bijąc się z myślami kombinowałem, że może to ja coś skróciłem. Miałem wgraną trasę do zegarka, ale nijak się nie chciała pokrywać z biegiem. Trudno, cisnę dalej. Wydawało mi się, że słyszę czyjeś głosy z tyłu. Na najbliższym wzniesieniu muszę złapać oddech i przechodzę do marszu. Odwracam się i widzę…to Krzysiu Wajerowski z Justynką Stefaniak. Kwestia kilku minut i mnie doszli. Nie wiele się zastanawiając, zabrałem się z nimi i starałem dotrzymywać kroku. W tej sytuacji byliśmy na 2, 3, 4 miejscu. 😛 Przemierzamy kolejne pagórki, najpierw Kopicę, a później Kozinę. Ta druga góra to już wspinaczka po obsuwających się kamieniach. Justyna z Krzyśkiem zaczęli mnie zostawiać powoli z tyłu. Gdzieś w połowie podejścia zobaczyłem w oddali pędzącego Łukasza. Jednak musiał się gdzieś zaguzdrać, ale dzielnie odrabia straty.

Na zbiegu. fot. Sławek Szarafin

Na zbiegu. fot. Sławek Szarafin

Znowu czas na puszczenie nóg, mocny zbieg. Może uda mi się dogonić parkę. Ścieżka zmienia się w coś w rodzaju jaru. Dość głęboki rów, na którego dnie leżą kamienie. Ten odcinek pokonywałem przeskakując z jednej „burty” na drugą. Niestety gdzieś mi się nogi poplątały i w mgnieniu oka leciałem stylem Superman’a. Cudem wyhamowałem na boku, nie turlając się po tych kamlotach. Kiedy tak tarłem ciałem po glebie, nade mną przebiegł Łukasz krzycząc tylko, że on też zaliczył glebę paręset metrów wcześniej. 😉 Zanim się pozbierałem to nikogo przed Sobinie widziałem. Trudno, biegnę sam dalej.

Zbieg kończy się w Sokołowsku, gdzie był punkt z wodą. Znowu jest Sławek. Mówię mu, że nie wiem jak będzie dalej – po przewrotce boli mnie biodro i kolano, ale walczymy dalej. Napiłem się izotonika i pognałem pod górę. Przede mną trzy szczyty, myślę, że najtrudniejsze. Włostowa, Kostrzyna i Suchawa. Już pierwszy wierch napsuł mi krwi. Podłoże trudne technicznie. Stromo, a pod nogami kamienie różnej wielkości, które powodowały to, że przy każdym kroku do przodu obsuwałem się półmetra w dół. Znowu zobaczyłem na dole Darka, który coś do mnie krzyczał. Później sobie uświadomiłem, że on robił krótszy dystans i niedługo jego męczarnie się skończą. Dwa kolejne szczyty nie były już tak hardkorowe i nie miały, aż tak stromych podejść. Z Suchawy znowu dzida w dół do Sokołowska. Ci co biegli tylko część trasy, odbijali do Andrzejówki – na resztę czekała ostatnia góra, Bukowiec.

Jeszcze punkt z woda, na którym była Krysia i Karolina. Zatrzymałem się na chwilę, żeby podpytać kto już biegł i co…znowu jestem trzeci :P. Skręcam na łąki, gdzie wyłania się Justynka z Krzysiem….teraz oni się lekko pogubili, chwilę biegłem za nimi, ale okazali się mocniejsi. Bukowiec, sztajfa do góry, że o bieganiu można zapomnieć. W połowie drogi na szczyt dogania mnie Jarek Łuczkiewicz. Jak się okazało, był trzecią osobą zaliczającą glebę. On również zgubił się z Łukaszem na Ruprechcie. Szczerze chciałbym być już na mecie, gdzie czekało na mnie zimne piweczko.

Zjawiam się na szczycie, tylko nie widzę oznaczeń trasy. Pytam napotkanych turystów, czy biegł tędy ktoś, odpowiedzieli, że tak i wskazali kierunek. Biegnę, biegnę i źle pobiegłem. Znalazłem się na skarpie kopalni melafiru. Piotrek i Przemek też tam dobiegli i świetną fotkę poczynili. 😉 Zawróciłem szukając szlaku, który zaczął pokrywać się z trasą wgraną do zegarka. Teraz już tylko w dół, do mety.

Na mecie tradycyjnie 10 pĄpek. fot. Sławek Szarafin

Na mecie tradycyjnie 10 pĄpek. fot. Sławek Szarafin

Finalnie melduję się na szóstej pozycji z czasem 2h45min na dystansie 22,5km. Bardzo ciężka, acz piękna trasa, w doborowym towarzystwie. Po wszystkim obiad w schronisku i wspomniane zimne piwko. Każdy uczestnik został nagrodzony pamiątkowym medalem, a podczas obiadu otrzymał upominek w postaci tematycznych książek z autografem jubilata. Myślę, że impreza zorganizowana przez Sławka przerosła oczekiwania wszystkich. Jednak można w pojedynkę zorganizować zawody na dobrym poziomie!

One comment

  • Ha, „moje” Wrocławskie rejony. Tam to dopiero są podejścia, nie dla mięczaków. I dobrze, że nie są to góry tak popularne, jak Karkonosze.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *