DOZ Maraton Łódzki z PZU 2015

DOZ Maraton Łódzki z PZU 2015

Właściwie to dlaczego Maraton Łódzki? Przecież trasa do najłatwiejszych nie należy, jest pofalowana, jest ulica Maratońska, są agrafki… Jest jednak coś, coś czego nie mają inne maratony w naszym kraju – finisz wewnątrz hali sportowej. Z opowiadań słyszałem, że się wbiega na czerwony dywan, biegnie przy głośnej muzyce i aplauzie kibiców, w blasku kolorofonów…to coś dla mnie. To był właśnie najważniejszy powód, dla którego podjąłem decyzję o starcie akurat tam – druga to taka, że w Łodzi jeszcze nie biegłem. 😉 Tradycyjnie cel ustawiłem sobie na ten bieg bardzo ambitnie. Chciałem poprawić swoją życiówkę o 12 minut, czyli znaleźć się na mecie po 3h19m59sek. Za pomocą wskazówek Jacka Danielsa, mocno przepracowałem zimę i jak nigdy do tej pory byłem pewny siebie. Czułem moc, która we mnie drzemie, wystarczyło ją dobrze wykorzystać, ustalić taktykę i „zrobić robotę” jak to mówią.

Logistyka i expo

Tym razem na imprezę wybrałem się sam. W pierwotnej wersji mieliśmy całą rodzinką pojechać na wieś (ok 60km od Łodzi), skąd rano pojechałbym na bieg, ale sytuacja rodzinna sprawiła, że plan spalił na panewce. Pojawiło się jednak światełko w tunelu…znaczy się pojawił Tomek Skorupa, który zaproponował mi nocleg u siebie. 🙂 Nie mogłem odmówić, w sobotę spokojnie sobie wyjechałem, bez stresu przybyłem pod Atlas Arenę, gdzie było biuro zawodów. Ależ to miasto jest rozkopane… ;). Jako miłośnik piłki kopanej, pierwsze kroki skierowałem na sąsiadujący z halą stadion ŁKSu. Nie pałam miłością do tego klubu, ale to nie zmienia faktu, że byłem ciekawy jak to u nich wygląda. 🙂 Dupy nie urwało, ale to dlatego, że od jakiegoś czasu nie inwestują w starą infrastrukturę. Tuż obok budują nowy kompleks, taki nowoczesny…hmmm tylko dla kogo? 😉 Nie mam pojęcia od kiedy trwa budowa, ale drużyna gra w III lidze i ma kłopoty finansowe. Zabrałem dupkę w troki i poszedłem na expo. Nie będę przecież się rozwodził o stanie „piłki nożnej” w naszym kraju.

Agatka, Ja i Yared. fot. Agata Lipiec (wybiegane.pl)

Agatka, Ja i Yared. fot. Agata Lipiec (wybiegane.pl)

Chyba trafiłem na jakąś martwą godzinę, ludzi garstka, ale i samych wystawców za dużo nie było. Zresztą nie zależy mi na tym. Dla mnie najważniejsze to szybko i sprawnie załatwić formalności, tj. odebrać pakiet i kupić żele, zawsze je nabywam podczas expo. 😉 Przy punkcie, gdzie sprawdza się czy Twój numer jest przypisany Tobie, spotkałem się z Anią i Robertem Celińskimi. Oczywiście coś nie tak było z identyfikacją numerów na bramce, opóźnienia i jakieś błędy…miałem jednak nadzieję, że podczas biegu nie będzie żadnych problemów. Zamieniłem parę słów z Biegającym Mistrzowskim Małżeństwem (BMM) 😉 i życzyliśmy sobie powodzenia. Poszedłem jeszcze na stanowisko  sponsora tytularnego, gdzie była Agata. Wcześniej nie mieliśmy okazji osobiście się poznać. Nie wiem ile czasu przegadaliśmy, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że powinienem śmigać do Tomka. Tego dnia organizował z żoną urodziny dla swoich synów i byłem na nie zaproszony. 😉

Co tu się będę rozpisywał, ugoszczony zostałem pierwsza klasa. Drugi raz w życiu zjadłem tort, posiedzieliśmy, pograliśmy i spać :). Super było, bo nie myślałem o przedstartowym stresie, tylko byłem wyluzowany….czułem się jak w domu. 🙂 Nocka minęła nie wiadomo kiedy – zasnąłem parę sekund po ustawieniu budzika i obudziłem się kiedy on wydzierał się z głośniczka telefonu. Wyspani, zwarci i gotowi zasiedliśmy do śniadania maratończyków. Bułki z masłem orzechowym i Nutellą. Zastanawiałem się do samego końca co ubrać, czy krótkie spodenki, a może 3/4. Całe szczęście nie padało, chociaż deszcz był prognozowany, wiatr też ustał, ale temperatura była niska. Podjąłem decyzję, że założę spodnie 3/4, koszulkę z długim rękawem i na nią z krótkim Smashing Pąpkins. Pojechaliśmy w miejsce, z którego na start było chyba mniej niż 1km. Zanim wysiedliśmy z samochodu zaczął prószyć śnieg!!! Kur… co to ma być?! Całe szczęście to chwilowy kaprys pogody. Kiedy szliśmy we trójkę (odprowadzała nas Asia-żona Tomka) w kierunku startu, musiałem ubrać folię, którą dostaliśmy w pakietach. Tak trząsłem się z zimna, że zębami pogryzłem się w wargi. Kuźwa jak zimno. Jeśli już ruszę to powinno być okej, ale teraz trzęsę się jak koci balas na wietrze. 😉

Na prostej startowej rozgrzewka, trochę odcinków spokojnych, kilka przebieżek i podszedłem do pacemakera na 3:15. Wiedziałem jaką ma taktykę, chciałem się upewnić czy nie zmienił zdania. Założenie miał takie, że zaczyna powoli i do ok 21km ich średnie tempo będzie na poziomie 4:40, po czym zaczną przyśpieszać. Przypasowało mi to, bo będę połowę biegu leciał w grupie. Ustawiłem się grzecznie za kolegą z balonikiem i czekałem na wystrzał.

Pierwsze 21,097km

Pierwszy raz na maratonie jestem tak blisko linii startu. Nie zdążyłem się zorientować, kiedy ruszyliśmy – przegapiłem wystrzał, odliczanie…dziwne. Najdziwniejsze było jednak to, że ten mój zając, który miał swoją grupę bardzo powoli rozpędzać do uzyskania wyniku 3:15, wyrwał do przodu. Ja jak ten głupi rzuciłem się w wyścig za nim z myślą, że się opamięta. Mija 800m, a my gnamy po 4:25/km!!! Jeśli się nie opamiętam, to długo tak nie pociągnę. Chyba trochę zwolnił, bo ze wskazania zegarka pierwszy kilometr wyszedł w 4:32, a drugi już „tylko” 4:36/km. Okej…pomyślałem – takie tempo jest jeszcze do przyjęcia, co prawda dalej za szybko (szykowałem się na 4:40), ale nigdy treningi nie wychodziły mi równo – zawsze szybciej. 3km równiutko 4:36, z prawej strony mijam Manufakturę – łooo matko, jakież to wielkie. Jakiś pieszy kłóci się z policjantem, że chce do tejże Manufaktury, ale nie może przejść bo biegają. 😀 4 i 5km jak po sznurku, równiuteńko 4:37, a w międzyczasie w Parku Staromiejskim zaliczamy wodopój. Moja taktyka jest zawsze taka sama, czyli piję po jednym kubku wody na każdym punkcie, żadnego nie omijam. Ogólnie, te pierwsze 21km jest strasznie nudne. Takie tam wybieganie, które mija bez nadzwyczajności, noga za nogą, oddech po oddechu, jakiś biegacz pyta mnie na jaki czas biegnę – odpowiadam, że na 3:20…ooo to za szybko biegniesz. Co Ty nie powiesz, pomyślałem. Biegnę sobie za zającem, któremu zawierzyłem co do taktyki i chyba się jej nie trzyma. Zresztą pretensji do niego nie mam, on ma swoją grupę i robi tak, żeby ich dowieść o czasie. Ja biegnę za szybko, bo znowu nie potrafię zapanować, nad emocjami, nie dociera do mnie, że do ok. 30km szybciej mogę sobie biec, tylko co zrobię później. Teraz o tym nie myślałem. Byłem ja i moje równe tempo.

Na ul. Piotrkowskiej prowadzę grupę na 3:15 ;) fot. sportografia.pl

Na ul. Piotrkowskiej prowadzę grupę na 3:15 😉 fot. sportografia.pl

Za 8km wbiegliśmy w najbardziej znaną łódzką ulicę, Piotrkowską. Tomek przed maratonem powiedział, że ona jest pofalowana…mi się zdawało, że jest cały czas pod górę. 😉 Pomimo tego jakimś cudem przyśpieszyłem. Nie kontrolowałem tempa przez kibiców, którzy się zgromadzili na tej ulicy i niechcący wyprzedziłem peleton z „moim” zającem. Dyszka za nami, a moje średnie tempo waha się w okolicach 4:35/km. Zbliżył się do mnie inny zawodnik i pyta na ile biegnę…odparłem, że na 3:20 i wiem, że biegnę za szybko. Odpowiedział: Aha … okej, to się dołączę. Teraz biegliśmy we dwóch, czasami wymieniając się na pozycji prowadzącej. Po kilku minutach biegliśmy już we trzech. Sprawiło to, że 11km był moim najszybszym, 4:29. Fajnie tak biec przynajmniej we dwóch, gdzie jeden drugiemu pomaga…pod jednym warunkiem – obydwaj biegniemy na ten sam czas. Kolega trochę nadawał szybszego tempa i do 18km wyszło, że biegliśmy ze średnią 4:34/km. Pomimo tego biegłem na pełnej świeżości. Po drodze była pierwsza agrafka, na której spotkałem Roberta Celińskiego. Przypomniał mi się maraton w Dębnie, gdzie również na mijankach się widzieliśmy. Miał niecałe 2km przewagi. Na 19km postanowiłem jednak pożegnać kolegę, z którym dobrze mi się współpracowało. Przestraszyłem się, że takie tempo mnie zajedzie i nieznacznie zwolniłem.

Nie na długo, jak patrzę na międzyczasy to wynika, że jeden kilometr biegłem 2sekundy wolniej od docelowego tempa, to znowu kolejny 5sekund za szybko. Na półmetku zawodów zanotowałem czas zbliżony do mojej aktualnej życiówki na tym dystansie, 1:37:26. Patrząc na miejsce, to w stosunku do pomiaru na 10km, wyprzedziłem 14 osób (10km – 178;21km – 164). Jest dobrze.

Drugie 21,097km

Drugą połóweczkę, tą trochę trudniejszą rozpoczęliśmy na długim odcinku bez zabudowań. Są to okolice lotniska i jedyne co widziałem to drzewa i krzaki. Asfalt też nie był najlepszej jakości, jakiś taki dziurawy i miejscami połatany. Przez tą nudę zwolniłem, nie było to zmęczenie, a raczej zamyślenie się. W tym momencie biegłem sam, nie miałem kogo się podczepić, za mną jakieś 200-300m grupa pościgowa na 3:15. Muszę przyznać, że trudno biegnie się w ten sposób. Całe szczęście nudna droga się kończyła, jeden zawijas i wbiegamy po „ślimaku” na ulicę Maratońską. To jest rozsławiona ulica, na której padają biegacze, na której wiatr zawsze wieje w twarz, na której siada psychika. Starałem się nie dopuszczać takich myśli, tylko robić swoje. Jedna wielka agrafa, która mierzy 2,5km w jedną stronę i 2,5km w drugą. Ponownie spotykam Roberta, ale tym razem ma ok. 4km przewagi. Nie pamiętam dokładnie, w którym miejscu, ale jedna z kibicek powiedziała do mnie, że na mecie mają być pĄpki…niestety nie obejrzałem się, ale pokazałem palcem OK. MOje tempo stawało się już bardzo nie równe, z częstotliwością co drugi kilometr biegłem po 4:36 i 4:42. Nogi dawały radę, oddech niby też. Średnie tempo, które starałem się kontrolować jest bardzo dobre – mam duży zapas do realizacji planu. Nawet jeśli teraz nieznacznie zwolnię, to może się udać. 29km to koniec Maratońskiej, juppi, najbardziej znienawidzona ulica pokonana. Lecimy dalej, teraz już w kierunku parku, przy którym stoi Atlas Arena. Jeszcze 2km, a po nich jedna duża i jedna mała pętla wokół parku. Mijam 30km i kolejny punkt pomiarowy. Moja pozycja to 181, co oznacza, że zwolniłem…zresztą byłem wtedy tego świadomy. Wkraczałem w moment, kiedy rozpoczynał się dla mnie właściwy maraton. Teraz to nie nogi mają biec, a głowa….tak przynajmniej mówią. Miałem w myślach cały czas ludzi, którzy wierzą w mój sukces…mały sukces, na który pracowałem pół roku. W grupie Blog@czy ktoś podaje międzyczasy, reszta kibicuje, trzyma kciuki. Jest też moja 4-osobowa grupka przyjaciół, którzy śledzą i komentują wyniki na żywo (co nie do końca pozwalała im datasport). A ja sobie wbiegam w 32, 33, 34 kilometr w miarę stałym tempie (ok. 4:42/km), czując już zmęczenie w nogach. Co teraz mądralo, warto było grzać tak szybko? Zaczynam zwalniać, głowa może i by chciała biec dalej, ale co z tego jak reszta chce już finiszować. 36km (5:17), 37km (5:15)…nogi robią się coraz cięższe, ostatni raz widzę Roberta, który kończy właśnie małą pętlę i biegnie prosto do mety. Machnąłem mu, on krzyknął żebym biegł dalej. No to biegnę, a raczej człapię. Na 38km trochę przyśpieszam, ale przychodzi mi to z wielkim trudem. Na twarzy uśmiechu już nie uświadczę, jest natomiast grymas bólu i pewnie rozczarowania, z ponownie spieprzonego startu. Dobra, rozpoczynam ostatnią małą pętlę, która mierzy 4km. Ostatnie 4km tego biegu… Przecież takie dystanse służą mi za rozgrzewkę. 39 i 40km to były moje najwolniejsze odcinki, ale patrząc na pomiary międzyczasów, to innym też nie było łatwo. Na 31,9km byłem 182, na 38,8km 179, a na 40km 178. Oznacza to, że pomimo zwolnienia tempa, wyprzedzałem. 😉

Gdzieś na trasie jeszcze w świeżości fot. fotomaraton.pl

Gdzieś na trasie jeszcze w świeżości fot. fotomaraton.pl

Zbliżam się do mety, już słyszę orkiestrę dętą, skręcam w stronę hali. Już nie tylko słyszę muzykę, ale i widzę orkiestrantów. Przyśpieszam, cholera….ja przyśpieszam, tylko dlaczego teraz ;). Jeszcze jeden zakręt, pędzę grubo poniżej 5min/km. Ostatni zakręt, na nim grupka bębniarzy uderza w swoje kotły, wpadam w wiraż z impetem. Wrota do hali rozwarte, wbiegam w ciemność….o rajusiuuuu…jak tu pięknie. Biegnę sam po pomarańczowym dywanie, jak mięciutko. Kolorofony, laserki, głośna muzyka, za bandami kibice, na rampie cheerleaderki z pomponami, a na długiej prostej ja. Sam, nikt nie biegnie z tyłu, nikogo nie mam z przodu. Rozkładam ręce w geście triumfu, coś a’la samolocik…lecę od jednej bandy do drugiej. Japa mi się sama uśmiecha. Jest meta, moja upragniona metaaaaa!!!! Wbiegam i rzucam się na ziemie, 5 pĄpek w imię zasad! Pierwszą osoba, która mi pogratulowała jest stojąca na mecie Agata. Ależ to był finisz, najpiękniejszy jaki do tej pory miałem przyjemność zaliczyć. Spoglądając na zegarek wiedziałem, że 3:20 jest, ale miałem jeszcze cień nadziei, że będzie złamane. SMS rozwiał moje wątpliwości. 3:20;57, to mój nowy rekord życiowy poprawiony o 11 minut i 3 sekundy, ale celu nie osiągnąłem. W planie było złamać 3:20 i tak się nie stało. Czyli jestem przegranym z nowym PB. 🙂

Upragniona meta, jest moc!!! fot. sportografia.pl

Upragniona meta, jest moc!!! fot. sportografia.pl

Epilog

Odebrałem medal, wziąłem wodę i poczłapałem w ustronne miejsce, żeby złapać oddech. W tym ustronnym miejscu napotkałem oczywiście moją ulubioną parę, BMM (Biegające Mistrzowskie Małżeństwo). Zrelaksowani, od jakiegoś czasu na mecie…Ania sobie podrygiwała w rytm muzyki, Robert się polegiwał ;), a mnie nogi napier…. 😀 Tego dnia dałem z siebie wszystko i mój organizm to poczuł. Trochę się zagadaliśmy, a przecież Tomek planował przybiec niecałą godzinę po mnie. Obiecałem, że będę czekał na niego przy mecie. Akurat kiedy pożegnałem się z Robertami, spiker wezwał Anię na scenę, na wręczenie nagród. Wszedłem sobie na rampę, na której co chwilę zmieniały się cheerleaderki z bębniarzami i wypatrywałem Tomka wśród wbiegających biegaczy. Hmm…albo ma jakieś opóźnienie, albo przegapiłem jego finisz. Czekam i czekam i robi mi się coraz gorzej. Chyba schodzą emocje, nogi robię się miękkie, trochę mdli, ale w tym momencie widzę Tomka! Wydzieram się…DAWAJ TOMEK!!!…nie omieszkał zrobić jeszcze kilkanaście pompek, może 20…nie pamiętam. Poczekaliśmy na jego małżonkę z dziećmi i pojechaliśmy do domu. Szybka kąpiel, kubek rosołu i tradycyjnie na pizze. Miałem okazję zobaczyć wizytówkę Łodzi, czyli Manufakturę. Jakie to jest ogromne!! Odpowiednio najedzony ruszyłem w drogę do domu.

Reasumując, mogę stwierdzić że pomimo nie osiągnięcia założonego celu (zabrakło 58 sekund), jestem zadowolony ze startu, nowej życiówki i organizacji biegu (mega finisz). Jestem wdzięczny i bardzo dziękuję Tomkowi i jego żonie Asi za przemiłą gościnę – było suuuper. Dziękuję również osobom, które przyłożyły się do mojego wyniku, pomagały mi w treningach, trzymały kciuki i wspierały słowem – Rodzicom, Małżonce, Sławkowi, Przemkowi, Robertowi, Piotrkowi, Darkowi, Blog@czom, pĄpkinsom i innym, których nie wymieniłem, a pojawiali się w moich przygotowaniach. Dziękuję i walczymy dalej!!!

Pięć pĄpek na mecie. fot. sportografia.pl

Pięć pĄpek na mecie. fot. sportografia.pl

5 comments

    • Wiesz jak jest 😉 Czas nie jest moim sprzymierzeńcem :/ Dzisiaj zabieram się za GWiNTa, żeby nie było obsuwy takiej. 😉

      Odpowiedz
  • Dobrze, że teraz Maratońska jest przed trzydziestym kilometrem. Ale cos jest w tej ulicy. Tam naprawdę zawsze wieje w twarz – nieważne w którą stronę biegniesz 😉

    Odpowiedz
  • Miło mi, że w relacji znalazło się miejsce na wspomnienie o mnie. Właściwie to byłam wolontariuszką zabezpieczającą trasę, próbowałam dopingować mijających mnie biegaczy (pierwszy raz kibicowałam, ale na pewno nie ostatni, bo dało mi to wiele pozytywnej energii, np. ten kciuk w górę czy podziękowania od innych). Było strasznie zimno i wiatr momentami wiał tak mocno, że przewracał barierki! Teraz już wiem, że to wina sławnej ulicy, bo wiało bez przerwy, haha.
    Gratuluję życiówki! No i zapraszam ponownie do Łodzi, ale może już po tych rozkopach… Pozdrawiam 🙂

    Odpowiedz
    • Dziękuję 🙂
      Nooo … wolontariusze w Łodzi pokazali jak to się powinno robić. Kibice również pierwsza klasa. Nic tylko biec na dobry wynik 😀

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *