XXXII Bieg Chomiczówki 2015

XXXII Bieg Chomiczówki 2015

Kiedy rozpocząłem swoją przygodę z bieganiem w 2010 roku, dość szybko zwiększałem pokonywane dystanse. Z biegiem lat uważam, że trochę za szybko, ale chciałem biegać długo i daleko tak jak moi nowi koledzy biegacze. Miałem na koncie już pierwsze starty na 5 i 10 kilometrów, rozpoczął się rok 2011 i do mojego pierwszego półmaratonu ok. 3 miesiące. Wtedy to znalazłem wzmiankę o biegu na sąsiednim osiedlu. Pamiętam z dzieciństwa, że „my” i „oni” nie przepadaliśmy za sobą… Wawrzyszew vs. Chomiczówka…odwieczna wojna. 😉 To był mój pierwszy bieg na takim dystansie, nawet treningowo tyle nie przetruchtałem, 15km składające się z trzech pętli po 5km. Po katorżniczym biegu, na którym trzy razy rodziłem się na nowo, na którym wielokrotnie musiałem maszerować wykręciłem czas, który wtedy mnie cieszył – 1:34:45. W kolejnym roku, kiedy to miałem już więcej kilometrów w nogach – półmaraton, bieg górski na Śnieżkę – ponownie przystąpiłem do tych zawodów i poniosłem jeszcze większą klęskę. W 2012 roku „pomknąłem” w czasie 1:35:25, jeszcze wolniej niż rok wcześniej. Losy moje tak się szczęśliwie potoczyły, że wróciliśmy do wałbrzyskich górskich klimatów i nie było mi po drodze startować w tych zawodach. Dopiero tej zimy wszystko złożyło się tak, że data biegu została ustalona na pierwszy weekend dziecięcych ferii i byłem w stanie przybyć. Przeważnie start odbywał się tydzień przed zimową przerwą i nie opłacało mi się przyjeżdżać, żeby sobie pobiegać, po czym znowu z dziećmi tułać się kawał drogi.

Co mnie tak właściwie ciągnie do tego biegu, że trzeci raz brałem w nim udział. Jeśli chodzi o trasę, to nic nadzwyczajnego. Składa się ona z trzech pętli, każda po 5km, między blokami budowanymi w latach 70-tych. Ot, osiedle jak ich w Warszawie wiele. Dla mnie jednak ma ten bieg wyraz sentymentalny. Mogę pobiegać po okolicach mojego dzieciństwa, to nic, że po osiedlu na którym za młodzieniaszka mogłem dostać w „gałę” ;). Biegnę i przypominam sobie różne fajne sytuacje jakie wydarzyły się na Marii Dąbrowskiej, jak szalało się rowerem po okolicach pętli autobusowej na Conrada, jak imprezowało się u kolegi na Bajana, kupiło chomika na Bogusławskiego. 🙂 Dla innych może być zwykłą nudną trasą asfaltową, między blokami z wielkiej płyty, dla mnie ma wartość sentymentalną.

W tym roku na ferie wybrałem się tylko z dziećmi, żona została w domu z naszą nową małą pociechą – kotkiem. Za wcześnie jest jeszcze, żeby zabierać ją w tak dalekie podróże. Na start miałem z domu jakieś 600m, więc potruchtałem sobie okrężną drogą, żeby zaliczyć porządną rozgrzewkę, a przy okazji rozglądałem się po okolicy wyławiając z tłumu znajome osoby. Na pierwszy rzut trafił się kolega z podstawówki, ale nie daliśmy rady pogadać. Mieliśmy się na mecie spotkać, ale się nie udało. Następna była Kasia z naszej drużyny Smashing Pąpkins i z nią do samego końca kontynuowałem rozgrzewkowe truchtanie. Kiedy tak przemierzaliśmy w jedną to w drugą stronę prostą startową, pojawiła się Aga, Przemek i Mirek, również z naszej grupy. 🙂 Ustawiliśmy się w swoich strefach startowych, które prowizorycznie zostały stworzone (jak biegałem poprzednio to nie było), bo i tak ludzie stawali tam gdzie było im wygodniej. Zastanawiałem się jak rozegrać taktycznie ten bieg, jakim tempem zacząć i finalnie w jaki czas celować. Na pytania o planowany wynik odpowiadałem, że chętnie zaatakowałbym poniżej 1:10, ale jak się sprawy potoczą to zobaczę w trakcie biegu.

1 pętla (5km)…

Na początku tradycyjnie tłok, ale na szczęście tylko na pierwszej prostej, później skręcaliśmy w Conrada i stawka zaczęła się rozciągać. Pomimo „stref” cały czas mijałem maruderów, którzy ustawili się na początku biegu. Nie wiem po co to robią….może chcą się załapać na fotkę z elitą. Kiedy wbiegliśmy na ulice Bogusławskiego, unormowałem swoje tempo i pierwszy kilometr pokonałem w czasie 4:26. Dość szybko jak na moje możliwości, ciekawe czy dotrwam w takim tempie przynajmniej do końca pierwszej pętli. Póki co biegnie mi się komfortowo. Drugi kilometr i jesteśmy już w okolicach zajezdni autobusowej, a ja zaliczam najszybszy kilometr tego dnia – 4:23. Wszystko przez to, że się podłączyłem pod jednego z zawodników, który jednak okazał się dla mnie za mocny i w porę odpuściłem. Pierwsze okrążenie kończyłem ze średnią ok 4:25/km i o dziwo czułem się świeży. Wypatrywałem koło punktu z wodą taty, który obiecał, że się zjawi na trasie. Nie zawiódł, ale i mnie nie zauważył. Rzuciłem mu tylko rękawiczki, bo trochę za ciepło się zrobiło, wody nie brałem tylko pomknąłem dalej. Pierwsze 5km z czasem 00:21:53…to jest chyba moja nieoficjalna życiówka na tym dystansie. 😉

Kasia na trasie...zawsze uśmiechnięta. (fot. maratonczyk.pl)

Kasia na trasie…zawsze uśmiechnięta. (fot. maratonczyk.pl)

2 pętla (10km)…

Na drugą pętlę ruszyłem wolniej i chyba nie było to z rozwagi…po prostu tempo mi przysiadło samo z siebie. Starałem się tylko nie przekraczać 4:30/km, żeby biec w miarę równym tempem…jeśli bym zaczął co jakiś czas znacznie zwalniać to już  by było po ptokach. Najgorsze co może być to „interwały” na zawodach. O dziwo, pomimo zwolnienia o 5sekund na każdym kilometrze, czułem się całkiem dobrze. Zadyszka nie nadchodziła, nogi podawały jeszcze całkiem świeżo. W głowie przypałętała się myśl….jak ja nienawidzę biegać pętli! No nienawidzę i już. Jeszcze dwie mogę przebiec, ale 3? Nuuuda. Starałem się pozbyć tej myśli jak najszybciej, bo nie będzie mi pomagała w walce na trzecim okrążeniu. Kiedy zbliżałem się do punktu z wodą, z biegowego transu wybudził mnie krzyk…krzyk, z którego można było rozpoznać znajomy głos. Szukam wzrokiem, a to Krasus! Woła, „Radek Mękal!!!”. Jeju, jaka fala radości przemieściła się od stóp do koniuszków włosów na głowie. Jakiż to był zastrzyk adrenaliny. Jednak przyjechał, żeby nam pokibicować. Z drugiej strony uliczki był mój tata, tym razem mnie zobaczył i nawet nagrał filmik telefonem. Dobra, zostało już tylko jedno okrążenie. Można spróbować postawić wszystko na jedną kartę. Nie obliczałem jaki wynik końcowy będzie, po prostu biegłem dalej. Po 10km miałem 44:14. Sekundy gorzej niż moja życiówka. Druga piątka to 22:21.

Końcówka drugiej pętli. (fot. maratonczyk.pl)

Końcówka drugiej pętli. (fot. maratonczyk.pl)

3 pętla (15km)…

Udało mi się lekko przyśpieszyć, naładowany pozytywną energią. Muszę przyznać, że w okolicach 12km mój oddech zrobił się jakby głośniejszy i czułem, że moje uda robią się lekko przytłumione. Nie były jeszcze miękkie, ale zmęczenie dawało o sobie znać. Co bardziej oczytani mogliby mi to wyjaśnić pewnie zakwaszeniem, czy przekwaszeniem mięśni…ja się na tym nie znam. Biegnę dalej ;). Już nic nie kalkuluję, po prostu zamiatam nogami i czuję, że będzie dobry wynik…że jestem bliski złamania tej godziny i dziesięciu minut. Kiedy wbiegliśmy na ostatni kilometr w okolicach Bajana, byłem w stanie jeszcze przyśpieszyć. Może nie szaleńczo, ale 10sekund udało się urwać. Wiedziałem, że Krasusa nie będzie w tym samym miejscu i się nie myliłem. Czekał na ostatniej prostej wydzierając się wniebogłosy ;). Wpadłem na metę i szybko rzuciłem się na glebę. Pięć pĄpeczek i ucieczka, żeby mnie nie stratowali inni finiszujący biegacze. Spoglądam na zegarek i nie wierzę….normalnie nie wierzę. Ale pięknie wyżyłowałem sobie życiówkę – 1:05:59 co znalazło potwierdzenie w sms-sie od organizatora. 🙂

2015-01-18 12.19.12.jpg

Ekipa Smashing Pąpkins po biegu. (fot. Krasus)

Nie szedłem do kolejki po zupkę. Staram się unikać takich posiłków, tym bardziej będąc pod domem, gdzie czekał na mnie mamowy obiadek. 🙂 Odnalazłem się z tatą i poszliśmy do Krasusa, żeby dopingować resztę naszych drużynowych przyjaciół. Kiedy tylko, któreś z nich przebiegało linię mety, to dołączało do nas w oczekiwaniu na kolejnych. Trochę hałasu zrobiliśmy. Na koniec wspólne pĄpaski i każdy poszedł w swoją stronę.

Jeszcze pĄpeczki na pożegnanie ;)

Jeszcze pĄpeczki na pożegnanie 😉

Tak jak wspominałem, prędko nie pobiegnę na Chomiczówce ponownie, bo pomimo sentymentu nie bawi mnie kręcenie się w kółko 3 razy. Myślę, że wystartuję kiedy będę przygotowany do złamania godziny na dystansie 15km. 🙂

7 comments

  • Dystans piętnastu kilometrów to w ogóle dystans specyficzny. Moja na nim życiówka pochodzi, tak dla przykładu, z roku 2010. Ale pewno dlatego, że pózniej już nie startowałem 😉 Za ty swoją podkręciłeś zdrowo – graty!

    Odpowiedz
    • Ostatnio rozmawiałem z kolegą, który organizuje bieg w Strzegomiu na dystansie 12km. Dostawał pytania czemu nie półmaraton albo dyszka. Odpowiadał, ale dlaczego? 12km to też dystans ;). Podobnie z piętnastką, jest specyficzna pewnie z tego powodu, że mało jest takich biegów. 🙂
      Dzięki, element przygotowań na Łódź 🙂

      Odpowiedz
  • Też nie lubię biegać w kółko. Nawet jak wychodzę wieczorem pobiegać, to mimo iż mam fajną 3,5 kilometrową trasę, którą teoretycznie mógłbym przebiec 2-3 razy i wrócić pod dom, to wolę jednak sobie wybiec gdzieś dalej.

    Odpowiedz
    • No nie ma nic gorszego od kręcenia kółek, ale czasami się zmuszam :/ nawet na treningach mając nadzieję, że jednak w ten sposób zaliczony trening wzmocni moją psychę 😉

      Odpowiedz
  • Zdrowy wynik wykręciłeś! Z szybkiego liczenia na palcach (jak się nie rypnąłem) średnie tempo 4:20″. Szacun! Ja skończyłem w 1:21:00 i to był dla mnie bardzo dobry wynik (i życiówka).

    Odpowiedz
    • Dzięki 🙂 Taka tempówka wyszła na dłuższym dystansie … taka progowa trochę ;). Element moich przygotowań do maratonu w Łodzi. 🙂

      Odpowiedz
  • Pingback: Nowa życiówko, biegnę po Ciebie! | Biegacz Polski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.