XXXIV Bieg Przełajowy Podzamcza 2014

XXXIV Bieg Przełajowy Podzamcza 2014

Pobiec czy nie pobiec…? Zadawałem sobie pytanie dotyczące zawodów na naszym podwórku. Na ich temat informacji dostarczał mi Sławek, który był już zdecydowany wystartować. Z decyzją dałem sobie czas do środy po warszawskim maratonie. Nie miałem pojęcia w jakim będę stanie, a po dystansie 42,195m wszystkiego się można spodziewać. Przecież w perspektywie dwóch tygodni miałem jeszcze w planie maraton w Poznaniu. Kiedy się tak przyglądałem moim międzymaratońskim planom treningowym, to doszedłem do wniosku, że warto zaliczyć taki szybszy bieg. Tak czy inaczej pobiegłbym tego dnia jakiś spokojny dystans przeplatając go przebieżkami. Jest okazja do spotkania się ze znajomymi, pościgania się i to raptem kilometr od domu. 😉 Umówiliśmy się ze Sławkiem, że w ramach rozruszania nóg przejdziemy się do biura zawodów, które było zlokalizowane w budynku Spółdzielni Mieszkaniowej.

Opłata wniesiona na miejscu, torby zostawiliśmy u znajomego w kanciapie i można było przemieścić się na linię startu. Było do niej z 1000m, czyli akuratna odległość na rozgrzewkę. Trasa praktycznie w całości była nam znana, ponieważ wiodła ścieżkami, na których wylewamy siódme poty przygotowując się w trakcie sezonu. Trasa nie była najtrudniejsza, ale i do płaskich nie należała – poziom trudności oceniłbym na średni. Gotowych do podjęcia walki na głównym dystansie 10km, zebrało się 57. Całkiem spora grupka jak na bardzo lokalne zawody.

Oznajmiłem Sławkowi, że na maksa to ja biec nie będę, żeby sobie czegoś złego nie zrobić przed Poznaniem…będę się trzymał jego pleców i deptał mobilizująco po piętach. Chwilę jeszcze w tym „tłumie” się pokręciliśmy i oznajmiono, że zaraz nastąpi start. Ustawiliśmy się mniej więcej w połowie stawki i czekaliśmy na …. strzał, gwizdek, okrzyk…rozpoczynający wyścig. 🙂

Zwarty i gotowy do biegu.

Zwarty i gotowy do biegu. /fot. własna/

Ruszyliśmy po usłyszeniu START! Już po pierwszym metrze moja taktyka się rozsypała. Pognałem za czołówką, a właściwie za kolegą Kamilem Pernejem, który mocarzem jest pierwszej klasy. Chwilę biegliśmy polną ścieżką, żeby po ok. 300m wbiec do lasu. Trochę się dziwiłem, że na tym odcinku pierwsi zawodnicy za szybko się ode mnie nie oddalają. Zaraz, zaraz…co mój Gremlin pokazuje? 3:58/km?!?!?!? Nie, nie, nie, ogarnij się chłopaku. W takim tempie nie wolno Ci biegać, bo się zajedziesz. Rozumiem, że czujesz moc po przepracowanym maratońskim przygotowaniu, że po warszawskich zmaganiach czujesz moc, że chcesz się pokazać na podwórku z jak najlepszej formy, ale jeśli chcesz dobiec w przyzwoitym stanie to zwolnij i staraj się łykać kilometry w miarę równym tempie. Troszkę przyfolgowałem, przez co wyprzedziło mnie z 5 kolegów, ale wyrównałem oddech i mogłem spokojnie sobie pracować. Góra, dół, góra dół….klasyczny krosik w tempie jak dla mnie wyścigowym. Pierwsze 3 kilometry w tempach 4:18, 4:11!!, 4:15. Jeju, ja w takim tempie to chyba rytmy robiłem ;), a tutaj na spokojnie ścigam się po lesie. Trzeci kilometr mijał, kiedy byliśmy już na trawersie pod Górą Zwierzyniec. Lubię tą ścieżkę, bo jest mało uczęszczana przez leśnych spacerowiczów. Zbiegaliśmy z tego trawersu na wysokości ostatniego stawu, który przylega do Pełcznicy (część Świebodzic). Krótki podbieg po betonowych płytach i przypomniałem sobie o Sławku. O w mordę, przecież miałem się trzymać jego pleców…psim pędem wyrwałem się do przodu i zupełnie o nim zapomniałem. Obracam się i widzę go nie całe 100m za mną. Uff, biegnie i trzyma tempo. Machnął ręką dając znać, że jest, tak jakby się spodziewał że się obrócę. Z betonowych płyt wpadamy na gliniastą drogę, zaliczając nawrót. Przed nami ponad 2km praktycznie pod górę. Może nie jest stromo, ale przy odpowiednim tempie daje w kość. W połowie tego odcinka słyszę zbliżające się z tyłu kroki. Patrzę w bok, a tu w najlepsze kolega Sławek mnie wyprzedza. Spodziewałem się, że prędzej czy później przypuści atak, ale sądziłem że zrobi to na którymś zbiegu. Teraz miałem punkt odniesienia i zgodnie z założeniem trzymałem się jego pleców. 🙂 Spowolnienie tempa było zauważalne u Wszystkich, oprócz u Sławka, który gnał do góry. Tanio skóry nie oddam, rzuciłem się w pogoń. Dystans między nami zrobił się ponad 100m, a dla biegaczy o podobnym poziomie wytrenowania jest to spora odległość. Długo jednak ta pogoń nie trwała. Coś musiało się z kolegą stać, ponieważ dobiegając do skraju lasu dogoniłem go. Teraz ja zającuję i tak biegniemy goniąc kolejnych zawodników wzdłuż granicy lasu z polami. Przed nami biegł Marcin Landsberg, kolega poznany na zajęciach Biegaj-Zapobiegaj. Na drugim kilometrze z impetem mnie wyprzedził, widać przeforsował się i teraz ponosi tego konsekwencję. Jego obrałem sobie jako kolejny punkt do wyprzedzenia i ze Sławkiem na plecach raz dwa tego dokonaliśmy. Teraz zmierzaliśmy w kierunku ogrodów działkowych, gdzie czekał na nas ostatni podbieg tego dnia. Sławek złapał drugi oddech i znowu mnie minął, oddalając się w dość szybkim tempie. Patrzę na zegarek, nie to nie ja zwolniłem….to on przyśpieszył. Ładujemy się na działkowe tereny, jeszcze trochę pod górkę. Po drodze przybijam piątkę z Józefem Żukiem (nasz biegowy weteran) i zaczynam akcję pościgową za uciekającym kolegą z Biegów Górskich. Jest już przede mną ok. 200m na mniej więcej 2km przed metą. Czas najwyższy podkręcić śrubę, spiąć poślady i zniwelować dystans. Kiedy wybiegliśmy na ostatnią prostą prowadzącą do bram ogrodów działkowych była szansa na przyśpieszenie, którą wykorzystałem dzięki zbiegowi. Ze Sławkiem zrównałem się kiedy do finiszu było 200m, wtedy też przeszła mnie myśl, żebyśmy przekroczyli linię mety razem, ale odstąpiłem od tego puszczając kolegę przodem. Czas jaki zanotowałem, wg. ręcznego pomiaru organizatora to 43:32 – różnica +2sek w stosunku do mojego pomiaru. Pozycja 21/57 w OPEN i 7/23 w kategorii M30.

Zatrzymanie "stoperów" na finiszu to bardzo ważna sprawa. :)

Zatrzymanie „stoperów” na finiszu to bardzo ważna sprawa. 🙂 fot. www.smpodzamcze.com.pl

Świetny wynik moim zdaniem, biorąc pod uwagę takie ukształtowanie terenu. Jest to wynik przygotowań do królewskiego dystansu, a przecież nie biegłem na 100%, uważając na swoje pęcinki. Spodobał mi się start ze względu na brak anonimowości, jaka występuje na masowych imprezach. Tutaj większość startujących znam osobiście, innych z widzenia i wiem na jakim poziomie biegają. Fajnie, że jest ktoś taki jak Marek Henczka, który jako jeden z niewielu propagatorów zdrowego i aktywnego trybu życia w naszym mieście, organizuje takie imprezy. Jeśli tylko nie będą kolidowały z moim harmonogramem przygotowań, to będę starał się w nich startować.

One comment

  • Fajne takie lokalne biegi, gdzie nie ma masy ludzi. Ja niestety we Wrocławiu nie mam takiego komfortu i jeżeli już startuję, to niestety biegam w tłumie. Czasami fajnie byłoby się pościgać w mniejszym gronie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *