V Supermaraton Gór Stołowych 2014

V Supermaraton Gór Stołowych 2014

Jak się okazuje, to oprócz trenowania podbiegów, tempa, rytmów i innych biegowych elementów, trzeba również popracować nad refleksem. 😉 Od kiedy zrodziła się moda na bieganie, zapisy w znanych i dobrych biegach kończą się po kilku godzinach. Konkurencja Wyścigi Po Miejsce W Zawodach, przeniosła się również w góry. Tak było z zapisami na Maraton Gór Stołowych, ustawiłem sobie przypominajkę, żeby nie przegapić i kilka minut po północy byłem na liście startowej. Nie mogłem sobie odpuścić rozliczenia z trasą, która niemiłosiernie mną sponiewierała w zeszłym roku. Jeśli dobrze pamiętam, to następnego dnia było już po wolnych miejscach. Opłaciłem bieg, żeby być pewnym startu, a po jakimś czasie dowiaduję się, że organizatorzy postanowili uraczyć nas gratisem. Rozciągnęli trasę o promocyjne 2,5km i dodali ok. 200m przewyższenia. Zmienili nazwę biegu na Supermaraton Gór Stołowych i zaokrąglili kilometraż do 50!!! Trochę struchlałem, przecież nigdy nie przebiegłem takiego dystansu i to po górach. Ale co tam w zeszłym roku też to zrobili i podbili do 46km. Pomyślałem sobie, że te 200m to też jakoś się pokona. Phi, co to dla mnie. Specjalnych przygotowań nie poczyniłem. Dalej robiłem plan Jurka Skarżyńskiego pod jesień. Optymizm pojawiał się z każdym tygodniem, ponieważ porównując zeszły rok, mój przebiegnięty kilometraż był imponujący. Miesiąc przed zawodami zaliczyłem nawet rekordowy swój przebieg – 300km. 🙂 Nie ma się czym martwić, postaram się pobić swój rekord trasy, pomimo jej wydłużenia.

W stronę Pasterki pojechaliśmy moim „Wesołym autobusem”, a honorowe miejsce w bagażniku, w trzecim rzędzie zajął kolega Borman. 🙂 Gość zaskoczył mnie jak nikt wcześniej. Postanowił dojechać do Wałbrzycha rowerem…rowerem, przecież z Głogowa to jest jakieś 140km w jedną stronę. Jak powiedział tak zrobił, mając w perspektywie trudny bieg górski na dystansie 50km, przyjechał późnym wieczorem, a na ok. 30km przed celem jechał na zepsutych przerzutkach. 😉 Miał do wyboru jedną, tą w którą trzeba wkładać najwięcej siły. Udział następnego dnia w wymagających zawodach to będzie niezły wyczyn. Dojechaliśmy do Karłowa ze sporym zapasem czasu. Przebraliśmy się, przygotowaliśmy tobołki, żeby oddać do depozytu i ruszyliśmy w kierunku Biura Zawodów. Jak szliśmy tymi samymi łąkami w zeszłym roku, nie miałem okazji podziwiać widoków, ponieważ była gęsta mgła. Teraz mogłem napawać oczy pięknem okolicy, z jednej strony pasmo górek, które będziemy pokonywali na końcówce, z drugiej strony Szczeliniec Wielki, na którym będzie meta. Pogoda nie była najgorsza, świeciło słońce, ale i podwiewał dosyć chłodny wiatr, który przyjemnie nas schładzał. Pakiet odebraliśmy szybciutko, bez kolejek. Pytam Sławka czy ma dla mnie pas na numer startowy. Rozmawialiśmy na jego temat, że chciałem sobie kupić, ale on miał taki więc mi pożyczy, żebym po testował. Nie dogadaliśmy się chyba, ponieważ miał go, ale w samochodzie. 😉 Nie było problemu, żeby się wrócić po niego do samochodu. To tylko jakieś 2km ;). Po drodze ludzie w żartach uświadamiali nas, że zawody to są w przeciwnym kierunku. To była dla nas dobra rozgrzewka przed biegiem, dotarliśmy do auta raz dwa zabraliśmy pas i z powrotem. Udaliśmy się od razu do Pasterki gdzie umiejscowiony był start. Tam oczywiście cała masa znajomych, bliższych i dalszych. Ze wszystkimi porozmawiać się nie dało, bo czas uciekał nieubłaganie. Atmosfera przedstartowa bardzo wyluzowana, chociaż znając życie to większość z nas ukrywała nerwy za uśmiechami, które z twarzy schodzić nie chciały. 😉 Sławek mówił, że nie będzie w tym roku leciał na początku za szybko, najważniejsze, żeby być przed wbiegnięciem w wąskie skalne ścieżki w pierwszej setce. Spodobała mi się ta taktyka, nie lubię zrywać się na początkach biegów, bo kończę je wcześniej niż bym chciał. 😉 W głośnikach słyszeliśmy ostatnie komunikaty organizacyjne, które wygłaszał Piotrek Hercog i zaczęło się odliczanie. Wybiła 11 i ruszyliśmy.

Początek zgodnie ze Sławkowym planem, kontrola zegarka i parcie do przodu. Nie było trudno, ponieważ pierwszy odcinek jest z górki. Staraliśmy się nie zbiegać szybciej niż 5min/km, oczywiście ciężko było z aptekarską dokładnością pilnować tempa, ale na tym etapie nie staraliśmy się ścigać z tymi, którzy puszczali się ostro w dół. Około 3km zaczął się pierwszy konkretny podbieg. Nawet nie próbowałem podbiegać go w całości, tylko robiłem to na raty…trochę podbiegu, trochę podchodzenia i tak na przemian. To co cieszyło mnie jak wracaliśmy się do samochodu po pas, to powiewający chłodny wiatr, niestety kiedy przemieszczaliśmy się w lesie nie był odczuwalny i już na pierwszych kilometrach byłem cały mokry, a pot zalewał mi oczy. Nie pozwalałem jednak, żeby ta niedogodność rozpraszała mnie w zdobywaniu kolejnych podbiegów i zbiegów. Ok. 7km biegliśmy po skalnej półce i w pewnym momencie lewa noga utknęła mi w korzeniu…poleciałem do przodu asekurując się rękoma. Prawym kolanem poleciałem po kamieniach, strzeliłem szpagat i usłyszałem od konkurenta z tyłu czy wszystko jest w porządku. Wstałem otrzepałem się, odpowiedziałem, że tak i ruszyłem dalej. Po drodze oceniałem straty, jakie ewentualnie poniosłem, ale nie były duże. Kolano piekło pewnie od potu, który sączył się po przetartym kolanie, dłonie lekko porysowane, ale najważniejsze nie było stłuczeń. Można walczyć dalej. Powoli zbliżaliśmy się do pierwszego punktu żywieniowego. W tym roku zabrałem ze sobą pas z bidonem, do którego przytroczyłem w woreczkach foliowych dwa żele energetyczne, a trzeci był w tylnej kieszonce. Nie brałem plecaka, bo trochę mnie poobcierał, a i za bardzo mnie obciążała ilość wody, która w nim była. Na trasie będzie dużo punktów, żeby się nawodnić i bidon pół litrowy wystarczy. Na wspomnianym punkcie zameldowałem się z czasem 54:14 (94), co w porównaniu z zeszłym rokiem jest o 11 minut szybciej. Do tego momentu nie wypiłem, nawet kropli z bidonu, chwyciłem dwa kubki z wodą, z czego jeden wlałem w siebie, a drugim obmyłem twarz z soli i ruszyłem dalej. Lekki zbieg polaną z powrotem do lasu.

Przed nami do pokonania chyba najtrudniejsza pętla biegu…hmmm, przed tego rocznym startem tak myślałem, do momentu kiedy nie dotarliśmy do promocyjnego odcinka, ale o nim później….jak dobiegniemy. 😉 Teraz mamy do pokonania wąskie ścieżki uwzględniające korytarzyki między wielkimi blokami skalnymi, wysokie zeskoki, które zajechały moje nogi. Tym razem przyjąłem inną trochę technikę biegu i nie skakałem na złamanie karku tylko lekko się obsuwałem, żeby dolna część uda jak najmniej to odczuwała. Na tej pętli nie było dłuższych podbiegów, czy zbiegów…raczej były to szybki na kilkanaście kroków „hopki”, ale za to w trudnym technicznie terenie. Moje samopoczucie było nadzwyczajnie dobre. Ogólnego większego zmęczenia nie odczuwałem, oprócz tego które powinno być. 😉 Najważniejsze jest to, że moje nogi były w dobrej formie. W pewnym momencie, chyba ok. 10km, dostrzegłem znajomą postać…koszulka pasowała, postura i styl biegu też. Przycisnąłem, żeby dobiec i utwierdzić się w podejrzeniach personalnych. Tak – to Przemek Mikołajczak – ten sam, który w zeszłym roku masował mnie umierającego na mecie. Zdziwiłem się widząc go w tym momencie, przecież jest mocny, a na pewno mocniejszy ode mnie. Zrównując się z nim powiedział mi, że go odcięło. Od tego momentu staraliśmy się biec razem. Po tym skakaniu i prześlizgiwaniu się po skałkach wybiegamy na skraj lasu. To znak, że zbliżamy się do kolejnego punktu z jedzonkiem i napojami. To niespełna 18km. Mój wynik na tym odcinku zarejestrowany przez firmę Datasport to 2:09:20 (108). Przez 10km straciłem tylko 14 pozycji, to niewiele. Jeśli natomiast porównamy ten wynik z wynikiem ubiegłorocznym, to już się robi większa różnica. Wtedy miałem czas 2:27, czyli 18 minut na plusie. 🙂 Na punkcie pojadłem trochę arbuza i słonych orzeszków, uzupełniłem bidon, wypiłem ze dwa kubki…obmyłem twarz i ruszyliśmy z Przemkiem dalej. Przed nami jeszcze ponad 30km podróży. 😉

Za nim wróciliśmy do lasu, musieliśmy pokonać ok. 2km asfaltowej ulicy. Postarałem się wejść na spokojne i w miarę stałe tempo odstawiając z tyłu Przemka. Jak się obejrzałem zamienił kilka słów z mijającymi go kolegami z tej samej firmy i walcząc ze swoimi słabościami parł do przodu. Z asfaltu skręciłem w las i śladem poprzedniej edycji, zrobiłem sobie fotkę. 😉 Chwilę później był dość mocny zbieg, na którym zacząłem odczuwać dolne części ud. Widać, że są postępy, bo poprzednio umierałem na tą część mięśni duuużo wcześniej. Nie rozpędzałem się za bardzo, chciałem je jak najdłużej oszczędzić. Przemek z trudem, ale łapie drugi oddech i mnie dogania jeszcze na tym usłanym kamieniami zbiegu. Stara się dopingować cały czas do walki. Dobra, zbiegliśmy…teraz w górę dla odmiany, ale żeby nie było tak łatwo to dłuuugo, żmudnieeee i boleśnie. Ta część miała ok. 6km w górę, może nie ostro, ale trzeba wykonać tytaniczną pracę, żeby w ciągłym biegu ją zaliczyć. Do połowy tego odcinka podróżowałem z Przemkiem, niestety na dalszą wspólną podróż nie miałem tyle siły, musiałem częściej przeplatać bieg marszem i kolega z metra na metr oddalał mi się coraz bardziej. Znowu byłem skazany na samotność długodystansowca. 😉 Jeszcze lekki zbieg i pierwszy poważny sygnał, że moje uda dostały w dupę. Dam radę, sobie wmawiam cały czas, jeszcze chwileczka i będę w Pasterce na punkcie pomiarowo-żywieniowym. Tam chwilę odsapnę i ruszę dalej. Ostatni zakręt i już widzę napompowaną bramkę, tą samą którą przekraczaliśmy na starcie. Ale, zaraz…co ja widzę…nie może być…miliony myśli przelatuje mi przez głowę. Widzę Sławka przy arbuzach. Ale jego tam nie powinno być, on powinien być dalej na trasie. Za nim do niego dobiegłem rozłożyłem szeroko ręce w geście niezrozumienia i pytania „O co kaman człowieku???”. Powiedział mi, że zszedł z trasy. Oczy prawie wypadły mi na trawę. Niestety problemy żołądkowe spowodowały u niego zniechęcenie do kontynuowania dalszego biegu. Z tego co zdążyłem się zorientować to kilka, a może kilkanaście osób na tym etapie się poddało. Inni okej, ale Sławek to twardy zawodnik i od tak się nie poddaje. Cóż, na pewno nie była to łatwa decyzja, a podjęcie jej to bolesna sprawa. Chwilę jeszcze pogadaliśmy, ja w międzyczasie zatankowałem bidon, pojadłem owoców i przekraczając bramkę pomiarową pobiegłem dalej….znaczy ruszyłem marszem, żeby to co pochłonąłem trochę się w żołądku ułożyło. 😉 Porównując mój czas 3:38:34 (137) to jestem w tym miejscu ok. 20 minut wcześniej. 😉 Jest dobrze.

Zdjęcie typu…a zabrać Ci ten aparat??? 😉 Ja i Michał Kołodziej.

Ciężko było mi się rozpędzić i przejść do biegu na polanie…teraz przed nami promocyjno-gratisowy odcinek. Ciekawy byłem, co takiego Piotruś nam przygotował. Po 30km trasa prowadziła ostro w dół, po kamieniach i głazach. Z opowiadań słyszałem, że po drodze będą dwa wodospady. Cóż, zbiegamy, schodzimy, zbiegamy, schodzimy…wodospadów nie ma, a nogi już bolą. Raz przeszła mnie myśl, że też mogłem się wycofać. Ale to chyba moja psychika chciała spłatać mi figla i taki pomysł poddała. Kiedy zjawiłem się na dole tego odcinka, rzeczywiście był malutki wodospadzik, a raczej strumień spływający po kamieniach. 😉 Teraz trzeba odrobić tą wysokość, którą zbiegliśmy i po bardzo trudnym terenie wdrapywaliśmy się do góry. Do tego doszło, że 3 razy musiałem przysiąść na kamieniu. Ból ud i ich napięcie było na tyle silne, że chwila na złapanie oddechu była zbawienna. Towarzyszyli mi inni zawodnicy i śmialiśmy się, że to taki PITSOP na wymianę nóg (czyt. ogumienia). 😉 Muszę przyznać, że ten dodatek jak dla mnie był najtrudniejszym odcinkiem całego biegu. Pewnie dlatego, że mieliśmy już 30km męczarni w nogach. Później weszliśmy już na starą trasę, czyli orka w górę, dwa razy odcinki asfaltowe i znowu orka po kamieniach pod Szczeliniec, czyli tam gdzie umiejscowiona jest meta. To specyficzny moment biegu, bo do zawodników dochodzą dźwięki z mety i komunikaty o kolejnych zawodnikach, którzy kończą już swoje zmagania, a my mamy jeszcze jakieś 15km przed sobą. 😉 Po tej wspinaczce tradycyjny karkołomny zbieg po głazach w dół, gdzie czekał na nas punkt odżywczy. Muszę przyznać, że nogi miałem już w rozsypce, ale i tak jeszcze w lepszej formie niż w zeszłym roku. Obiadając się orzeszkami moim oczom ukazały się butelki z Coca Colą…nie może być, toż to cud jakiś. Podszedłem i łapczywie wypiłem trzy kubeczki. W tym momencie taki zastrzyk energii w postaci cukru to coś wspaniałego. Nie wiedziałem, że tak się ucieszę na widok tego świństwa. 😉 Podczas biesiady do punktu dobiegł Michał Kołodziej, blogujący kolega. Przeżywał kryzys przez skurcze, które w tym roku towarzyszą mu na każdym długodystansowym biegu. Znowu miałem kompana do kontynuowania tej wycieczki.

Wybiegliśmy na rozległą polanę, tą samą, na której umierałem i leżałem ze skurczami podczas 4 edycji biegu. 😉 Pokazałem Michałowi gdzie to było i „gnaliśy” dalej. Przed nami ostatni mocny akcent pod górę (nie wliczając schodów na końcu), w kierunku Błędnych Skał. Niestety kolega zaczął mi się oddalać i znowu zostałem sam ze swoimi słabościami i obolałymi nogami. Na szczycie był ostatni bufet i punkt pomiarowy. Spytałem się obsługi, który jestem przekraczając matę…usłyszałem, że 271 z czasem 6:50:49. Tutaj porównać nie mogę z poprzednim moim wynikiem, ponieważ był ten promocyjny odcinek. :/ Nogi spięte i twarde jak kamień. Ale nie nie….teraz już nie odpuszczę, trzeba przeć do przodu. Zaciskam zęby z bólu, czasami przygryzam palce u rąk, żeby ich bólem przytłumić ból ud. Teraz jestem w miejscu, o który wspominałem na początku…to jest ostatnie pasmo górek jakim się przemieszczam w drodze do mety. Przez Krągłe Mokradła i Lisi Grzbiet docieram do zbiegu, który sprawia mi dużo problemu. Chwytałem się pobliskich drzew, żeby nie ześlizgnąć się w dół. Docieram w końcu do asfaltowej drogi, którą przez Karłów docieram do „deptaka”, na którego końcu była bramka ze schodami…tak tak… teraz czeka mnie 666 schodów o różnych rozmiarach – jedne wyższe drugie niższe. Tutaj tradycyjnie doping schodzących. Wszyscy permanentnie powtarzali, że meta jest tuż tuż. Kilka razy musiałem się zatrzymać i łapać oddech. Jeeejuuuu jak to boli. Znowu będę cierpiał na mecie. Zdobywam się na ostatki sił, żeby przez metę przebiec, nie było to co prawda szaleńcze tempo, ale jakoś się udało.

Zatrzymałem Garmina, odebrałem medal i tradycyjnie padłem na deski ;). Z pomocą przybiegł Sławek, który czekał na mecie, żeby porobić fotki. Po naciągał mi nogi na lewo i prawo i pomógł dojść do siebie. Podeszła hostessa z piwem Opat (brawo dla organizatora), ale została cofnięta przez ratownika z GOPRu, który przyniósł mi dwa kubki z izotonikiem. 😉 Kazał odpoczywać. Jak odszedł, Sławek podał mi złocisty napój.

Końcowy wynik to 8h9min, wykończony byłem bardzo i ponownie wielkim problemem było dla mnie zejście po schodach na dół. 😉 Udaliśmy się grupką znajomych na dół do Pasterki na rozdanie nagród, po cym rozjechaliśmy się do domów. Tego dnia powiedziałem sobie, że już tu nie wrócę. Ale zawsze mam coś takiego, że jak po wydarzeniu wszystko mnie boli to pochopnie podejmuję decyzję. Po Sky Towerze, też powiedziałem, że nigdy więcej schodów. Teraz pisząc tą relację wiem, że chcę tam wrócić. Piotrek Hercog powiedział, że ten dystans i trasa są docelowe, więc jest szansa, ze jej nie wydłuża. Chciałbym się przygotować konkretnie do niej i spróbować pobiec bez większego bólu. Nie wiem czy to będzie w kolejnej edycji czy może poczekam 2 lata, ale na pewno wrócę do Pasterki. 😉

11 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *