Mistrzostwa Europy w Biegu Górskim 2014

Mistrzostwa Europy w Biegu Górskim 2014

5th EVAA – EMMRC European Master Mountain Running Championships

Kiedy w zeszłym roku zdecydowałem się na start w Biegu na Wielką Sowę, nie wiedziałem do końca jak się dla mnie te zawody skończą. Jak długo dam radę biec, jaką w ogóle obrać taktykę, czy uda mi się wtargać moje cielsko na szczyt? Takich pytań było wtedy więcej. Przyszedł moment kiedy byłem już pod wieżą, która znajduje się na Wielkiej Sowie, postanowiłem z miejsca wystartować w przyszłym roku i poprawić słabiutki wynik, który wynosił ponad 1 godzinę i 2 minuty. :/ Tak się złożyło, że w sezonie 2014 zawody zostały przekwalifikowane i przesunięte w terminie na czerwiec. Teraz to miały być Mistrzostwa Europy Mastersów w Biegu Górskim (5th EVAA – EMMRC European Master Mountain Running Championships). Zmiana rangi zwodów równa jest u nas zmianie wysokości wpisowego (140pln). Muszę przyznać, że długo byłem zapisany, ale z opłatą się wahałem. Trochę dużo jak dla osoby, która raczej liczyć się z czołówką nie będzie. Chciałem tylko w oficjalnych zawodach pobić swój rekord trasy. Za takie pieniądze to mam opłacony maraton w Warszawie i jeszcze 40pln zostaje na jakiś dobry obiadek z piwkiem. 🙂 Chyba nie tylko mi się wpisowe nie podobało, albo nie było za dużo chętnych do obdarowywania organizatora swoimi „dutkami”, ponieważ został ogłoszony komunikat o obniżeniu opłaty startowej. Teraz miałem zapłacić 85pln. Takie pieniądze są już bardziej do przyjęcia, chociaż myślę, że dla wielu nadal były barierą, która spowodowała, że nie wystartowali. W ramach tej opłaty byłem klasyfikowany również w Mistrzostwach Polski. Wow, będę uczestnikiem ME i MP. Pięknie.

Pakiety odebrane. fot. Sławek Szarafin

Plany na przygotowania do tej imprezy były bardzo ambitne, ale jak to bywa z takimi planami, nie zostały zrealizowane, a w późniejszym czasie porzucone. 😉 Kiedy zaplanowałem starty jesienne na dystansie maratońskim, obrałem na nie kierunek treningów w ramach planu Jurka Skarżyńskiego. Jak można łatwo zauważyć nie przewidują one przygotowań do biegania w stylu alpejskim. Zmieniłem podejście do tych zawodów, ale nie napiszę ,że podchodziłem do nich jak do treningowego biegu. Chociaż jest to teraz modne asekuracyjne stwierdzenie na wypadek – wpadki. Nie, nie był to trening, to był mocny start przygotowawczy, jak to Sławek powiedział. Z zasady, zawody są dla mnie biegiem na maksa. Przecież nie po to płacę, żeby sobie potruchtać towarzysko…zawsze mogę przyjechać w innym terminie ze znajomymi i sobie konwersacyjnie pobiegać. Płacę – ścigam się. Reasumując, wiedziałem, że jestem w stanie szybciej pobiec niż w roku ubiegłym, ale nie wiedziałem o ile szybciej.

Na zawody pojechałem ze Sławkiem, tak się ugadaliśmy, że te bliższe imprezy to on powozi, a dalsze ja. Po drodze zabraliśmy jeszcze Marka Swobodę, który zaliczał się do grona faworytów biegu. Kiedy tak sobie jechaliśmy i bajdurzyliśmy, zaczęło padać…trochę mi się to nie podobało. Wiem, wiem…nie ma złej pogody do biegania, ale żadna to przyjemność biegać po górach i moknąć, bo o braku widoków nie wspomnę. W mieście to co innego – pada czy nie widoków i tak nie ma. 😉 Nie było jednak tak źle, przestało padać jak zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie było biuro i start zawodów. Chwilami nawet wychodziło słoneczko, czyli jak to w górach bywa…na trasie może padać, ale i może świecić słonko. Udaliśmy się po pakiety startowe, w których między innymi był żel Enervita – bardzo dobrze, bo planowałem ich zakup na Maraton Gór Stołowych. Do startu było jeszcze sporo czasu, tzn. ja miałem go najwięcej ponieważ organizator zaplanował wypuszczanie poszczególnych kategorii wiekowych w odstępach dwudziestominutowych. Moja grupa była na końcu, a Sławka 20 minut wcześniej. Żeby nie tracić czasu, poszliśmy się już przebrać, poprzypinać numery (porobić fotki) i wróciliśmy pokręcić się między zawodnikami zamieniając z niektórymi kilka słów. Wybiła godzina, kiedy to pierwsze kategorie wiekowe ruszały na trasę, był to dla nas sygnał, że możemy powoli rozpoczynać rozgrzewkę. Trochę truchtu, później rozciąganie…krótka wizyta w toalecie ;). Eh, te nerwy… Pomyślałem, że nie muszę się jeszcze tak konkretnie rozgrzewać, bo mam najwięcej czasu i nie ma sensu stygnąć, żeby znowu się grać. 🙂 Sławek powoli szedł na linię, z której pogna niecałe 10km w górę. Też się udałem w to miejsce, żeby zagrzać grupę M-45 do walki na pierwszych metrach. Ruszyli. Teraz mogę konkretnie potruchtać i przygotować się do swojego startu. Mijałem Anię Celińską, której powiedziałem, że ma wygrać ;), przytaknęła że się postara. Dziewczyna ma moc i podobnie jak Marek, jest faworytką wśród kobiet. Poddenerwowanie wchodzi na najwyższe obroty, niech już nas wezwą na linię i rozpoczną odliczanie.

Na linię startu poszedłem z Robertem Czapigą. Kolega jest bardzo wyluzowany, nie spina się na żadnych zawodach…biega dla przyjemności i jako jedynemu wierzę, że takie biegi traktuje rekreacyjnie. Rozpoczęło się odliczanie i START. Ruszyłem w połowie stawki, nie za szybko. W zeszłym roku trochę mnie poniosło i po 2km żałowałem tego. Tłamsiłem w sobie chęć wyprzedzania na pierwszym kilometrze, chciałem dobrze wprowadzić się w bieg, a na mijanie innych przyjdzie pora. Pierwszy kilometr pozwala wejść na obroty, jest leciutko pod górkę, ale nie na tyle, żeby czuć to w nogach. Drugi już jest konkretniejszy i tutaj pierwsi zawodnicy przechodzą już do marszu. Tego podbiegu w nogach jeszcze nie czułem, ale płuca i serducho rozkręciły się na dobre…a przecież to dopiero 2 kilometr trasy. Chwila na odsapnięcie, ponieważ zbiegamy łąką w stronę ulicy. Tego zbiegu jest jakieś 400 może 500 metrów,a za nim rozpoczyna się prawdziwa mordęga. Asfaltową uliczką cały czas pod górę. Mijamy fantastyczną grupę młodych kibiców, którzy zdzierali gardła dopingując biegaczy.

Około 12% nachylenia trasy, daje o sobie znać. Cały czas moje nogi dają radę, ale z oddechem jest już gorzej. Od połowy tej wspinaczki zacząłem przeplatać bieg z szybszym marszem, żeby trochę uspokoić serducho i złapać oddech. Pomimo mieszanego stylu udaje mi się minąć ze 3-4 osoby. Po 1,5km asfaltowego wylewania potu skręcamy na właściwy szlak, który doprowadzi nas bezpośrednio na szczyt góry. Znowu grupka kibiców…są niesamowici, naprawdę dodają siły. Przynajmniej na chwilę ;). Jeszcze 1700m MEGA podbiegu i wpadniemy do lasu. Tam też będzie pod górkę, ale już nie tak drastycznie. Mijam Michała Raisa, naszego lokalnego mistrza. Przyjechał chyba na spacer, a przy okazji dopingował znajomych. Chciał mi dać wody, ale nie czułem potrzeby, pozdrowiliśmy się i wspinałem się dalej. Uczepiłem się za zawodniczką z Niemiec. Trochę mnie pociągnie – pomyślałem – ale długo to nie trwało, bo koleżanka osłabła i musiałem szukać kolejnej „ofiary”. Długo nie musiałem czekać, dopadłem zawodnika z tego samego kraju i trochę się na nim podciągnąłem. Na 5km trasy zaczął się zbieg, na którym można było trochę podreperować dorobek czasowy. Żeby nie było tak łatwo, podłoże jest kamieniste i dosyć trudne technicznie. Postawiłem jednak wszystko na jedną kartę i puściłem się z grawitacją w dół. Siły i odwagi dodawał mi widok mijanych zawodników. Tempo z tego odcinka oscylowało w granicach 4:30/km, co dla mnie jest naprawdę szybko biorąc pod uwagę podłoże. Taka zbiegowa sielanka potrwała do ok. 7km, popatrzyłem na zegarek i z tempa wynikało, że nie uda mi się złamać 1h.

Tak by było, gdyby trasa miała równe 10km, ale byłem już trochę zmęczony i nie znalazłem w głowie tej informacji. 😉 Pozostało mi teraz utrzymywać w miarę stabilne tempo przez ostatnie 2km po kamienistej ścieżce. Upatrzyłem sobie dwóch zawodników, do których starałem się zbliżać. Na ostatnich 800m udało mi się ich minąć, jest dobrze. Końcówka biegu znowu robiła się stroma, schodzący już zawodnicy informowali, że szczyt jest niedaleko, żeby wykrzesać resztki sił i przycisnąć. 400m przed metą zobaczyłem Sławka, który zszedł trochę w dół, żeby też zagrzać mnie do walki. Bardzo mnie ucieszył jego widok. Towarzyszył mi praktycznie do samej mety, robiąc w międzyczasie zdjęcia. Przekroczyłem matę pomiarową, zatrzymałem Garmina i co….i złamałem 1h. Pobiłem swój rekord trasy! 57:11 i 23 miejsce w Mistrzostwach Europy w mojej kategorii wiekowej. 😀

Sławek był o 5minut szybszy (52:03) i zajął w swojej kategorii wysokie 11 miejsce.

Na wieży widokowej. fot. ze zbiorów Sławka

Nieśpiesznie zeszliśmy do miejsca, gdzie stał samochód. Przebraliśmy się i poszliśmy na dekorację zwycięzców. Cieszy mnie, że mogłem zamienić kilka słów na spokojnie z Anią i Robertem Celińskimi. Ania oczywiście wygrała swoją kategorię z czasem 45:05, śmiała się później, że zrobiła to dla mnie…czyli spełniła moje oczekiwania. 😉

Robert, Ja, Ania i Marek. fot. Sławek Szarafin

Poniżej porównanie mojego biegu z zeszłego roku z obecnym. Na każdym kilometrze poprawiłem znacznie wyniki, co mnie bardzo cieszy i widać gołym okiem postępy ;). Podobnie jak Bieg na Wielką Sową 2013, tak i ME z tego roku były zorganizowane na bardzo dobrym poziomie, począwszy od biura zawodów, przy którym nie zaznaliśmy kolejki, przez oznaczenie trasy, fantastycznych kibiców po medale i klimat biegu. Przede mną kolejne tygodnie przygotowań pod misję Warszawa. Po drodze będzie jeszcze jedna mocna przygoda…MGS na dystansie ok. 50km. 😉

 

3 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *