SKY TOWER RUN 2014

SKY TOWER RUN 2014

Czym jest bieganie po schodach…czy można w pewnym stopniu porównać je do biegania po płaskim asfalcie, czy może bardziej do hasania po pagórkowatym terenie….a może do wdrapywania się na kamieniste podbiegi? Nigdy bym się nie dowiedział, gdybym nie spróbował. Kiedyś zastanawiałem się czy wystartować w Warszawie w imprezie polegającej na wbiegnięciu na budynek Rondo, ale nie pasowały mi terminy. Kiedy w internecie pojawiły się informacje o pierwszej edycji biegu na najwyższy budynek w kraju po schodach, przeszła mnie myśl żeby spróbować. Nie podjąłem decyzji z marszu, musiałem dojrzeć do niej tak naprawdę do momentu kiedy Sławek nie zadzwonił informując mnie, że się zapisał. Po rozłączeniu się, wystarczyła mi chwila, żeby się zapisać i opłacić zabawę. Hmmm…jeśli można zabawą nazwać pchanie się z buta na 49 piętro budynku po schodach ;). Powstał szybki ambitny plan, który podsunął Sławek…każdy zwykły trening kończyć na schodach. Na początku jedna seria i każdego dnia zwiększać jednostki. Plan był dobry, bo zawsze to jakieś przetarcie się ze schodami, przynajmniej namiastka tego co nas czekało. Niestety nie realizowałem założeń, no może ze trzy razy zaliczyłem dwa biegi na 10 piętro naszego bloku, więc nie była to zawrotna ilość. Co będzie to będzie…cel jaki sobie obrałem to wdrapanie się w mniej niż 10 minut. 😉

W biurze zawodów. fot. BiegiGorskie.eu

Do Wrocławia zabrałem swoją rodzinkę, żeby w czasie kiedy ze Sławkiem będziemy wypluwać płuca, poszwendali się trochę po sklepach. 😉 Najpierw podrzuciliśmy ich do Pasażu Grunwaldzkiego i ruszyliśmy pod najwyższy budynek w sumie na oślep. Staraliśmy się go mieć w zasięgu wzroku i podążać w jego kierunku. Wrocław jednak nie jest przyjazny takiemu lawirowaniu ulicami i się poddałem. Wyszukałem na jakiej ulicy jest ten gmach i wpisałem sobie w nawigację. 🙂 Z zaparkowaniem problemu nie mieliśmy. Nie chciałem wjeżdżać na przygotowane miejsce w podziemiach budynku, nie wiadomo jak będzie z wyjazdem, czy się nie przykorkuje…itp. Przy samym drapaczu chmur, był dziki parking, przynajmniej tak nam się wydawało…zwykła łąka z wytartą trawą. Nie byliśmy jedynymi osobami, które wybrały to miejsce…ba, trzeba było chwilę poszukać wolnego miejsca ;).

Nie świadomy tego co się niebawem wydarzy. fot. własny zbiór

W pierwszej kolejności poszliśmy załatwić wszelkie formalności związane ze startem. Biuro zawodów umieszczone było na parterze Sky Towerowej galerii. Zadzwoniłem jeszcze do Marcina Kargola, który również miał być – chciałem się upewnić czy nie przestraszył się takiej ilości schodów. 😛 Odbiór pakietów poszedł bardzo sprawnie, więc mieliśmy jeszcze dużo czasu, żeby się rozejrzeć po okolicy. Namierzyliśmy gdzie jest start, posłuchaliśmy co mają do powiedzenia konferansjerzy (Maciek Kurzajewski i Bożydar Iwanow) i popatrzyliśmy jak pierwsi śmiałkowie skaczą z kilku metrów na poduchę przypominającą z wyglądu strażacką. Przeszła mnie myśl, żeby sobie skoczyć, ale kolejka była na tyle długa, że mnie chęci opuściły. Pokręciliśmy się jeszcze na zewnątrz i podziwiliśmy budynek od podstawy. Robi wrażenie, kiedy stojąc przy ścianie popatrzy w górę. Ciarki mnie przeszły na myśl, że za kilkadziesiąt minut będę biegł po schodach, żeby móc podziwiać widoki. 😉

Budynek robi wrażenie. fot. własny zbiór

Udaliśmy się do samochodu, żeby przebrać się w odzienie startowe i przy okazji pooglądać co tam organizator przygotował w pakiecie. 😉 W reklamówce znaleźliśmy tradycyjnie jakieś ulotki, kupon na kawę w znanej sieciowej kawiarni, koszulka techniczna, napój izotoniczny (nie wiadomo jakiej firmy, ponieważ posiada nadruk reklamujący bieg), pyszne ciastko z nadzieniem, numer z wbudowanym czipem i chyba to wszystko. Przebrani wróciliśmy jeszcze raz pod scenę, ale nic ciekawego się nie działo…poza konkursami dla zawodników, którzy zgłoszą się na ochotnika. Nie ma co bezczynnie stać…skierowaliśmy się na zewnątrz w okolice drzwi startowych, żeby trochę się porozgrzewać. Ciekawa sprawa – jak ja mam się właściwie rozgrzewać przed tego typu zawodami? Widziałem gościa, który skakał na skakance, inny robił wszystkie możliwe skipy, jeszcze inny elementy crossfitowe (robił pompkę i wyskakiwał w górę). Zacząłem improwizować, chwila przebieżki, jakieś leciutkie rozciągnięcia, parę przysiadów. Zbliżała się nieuchronnie godzina 14, czyli czas kiedy miał ruszyć pierwszy zawodnik. Ja miałem numer 55 i start zaplanowany na godzinę 14:20. Jeszcze szybka fotka z Grześkiem Kalinowskim (TeMMpo Wałbrzych) i poszedłem popatrzeć jak puszczają kolejnych śmiałków przez drzwi. Dostrzegłem czekającego na swoją kolej Artura Sochę (kolega z naszego miasta, który wymiata w górkach i nie tylko). Pojawiła się chwila zamieszania, ponieważ zawodnicy z wyższymi numerami próbowali wystartować wcześniej. W regulaminie był podany harmonogram startów poszczególnych numerów w odpowiednich zakresach czasu. Były tłumaczenia, że ktoś tam do pracy na nockę idzie, ktoś tam na obiad czy inne takie. Całe szczęście organizator w 99% procentach ogarną sprawę, w przeciwnym razie mój start pewnie nie byłby o 14:20, tylko później. Wszyscy godzimy się na pewne zasady i powinniśmy się ich trzymać. Zbliżał się nasz czas, nasz bo Sławek miał numer 57, więc teoretycznie startował 40 sekund po mnie. Ustawiliśmy się w kolejce. Hmmm nie ma numerku 56, czyli Sławek będzie miał 20 sekund straty do mnie. Jest mocny, na bank mnie dogoni – pytanie tylko na którym piętrze. 🙂

MarcinKargol.pl przed startem. fot. własny zbiór

Nadeszła moje kolej. Włączyłem sobie telefon, żeby nagrywać moje zmagania. Bramka zaczyna pikać…3, 2, 1…piiiiip. Ruszyłem, chwilę korytarzem, ostry zakręt w lewo i jest klatka schodowa, to ciśniemy. Ufff, pufff…sapię już od pierwszego piętra. Czyżbym za mocno zaczął. Szybko schowałem telefon, wadził mi podczas odpychania się rękoma od poręczy. Wbiegam i wbiegam i sapię, a tu pojawia mi się na ścianie napis 2. Jak to 2, przecież to nie możliwe, że dopiero wbiegłem na drugie piętro. Lekko zdezorientowany biegnę dalej i tak jedno półpiętro, drugie, trzecie…o w mordę, jak to ma tak wyglądać to ja się załamię. Jak się okazało 3 pierwsze piętra były podwójne ze względu na galerię i różnice w wysokości kondygnacji. O Matulu, 5 ichnie piętro, a mi zaczyna brakować tchu. Staram się cisnąc dalej, chociaż zdarza mi się troszkę podchodzić i zaraz ponownie zrywać się do lotu. 10 piętro, Sławka jeszcze nie ma…mnie już prawie też, a przecież do końca jeszcze 39 pięter. Maaaasakra….czuję pieczenie w płucach, nie zabrałem pulsometru, ale serducho pewnie waliło blisko HRmax. Koło 12 piętra słyszę na dole brawa…o o … to kolega, albo ktoś szybszy. Lekko mnie to zmobilizowało i do 14 piętra się doczłapałem. Tam był punkt z wodą, wziąłem kubeczek i wtedy dobiegł Sławek. Też się napił, klepnąłem go w plecy i pobiegł. Wsytartowałem za nim, ale na niewiele to się zdało. Klatka piersiowa mało co nie wybuchnie, nogi powoli robią się miękkie. Staram się po schodach wbiegać, a na płaskim iść i łapać oddech…niestety za krótkie przerwy, żebym się nasycił powietrzem. Zmusza mnie to do częstszego zwalniania i maszerowania. Robię to jednak nie zatrzymując się. Około 25 piętra wyprzedzam jakiegoś zawodnika, żartobliwie informując go słowami „Hooop hooop”, które zgodnie z regulaminem wypowiada mijający, żeby wyprzedzany zszedł na prawą stronę. 😉 Człapię dalej, powoli pojawiają się dziury w pamięci i nie wiem jak mijały kolejne piętra. Co jakiś czas są przebłyski przypominające strzał flasha z aparatu. 30, 34, 38 piętro…jeeeejuuu jak to jeszcze wysoko. Zaczynam lekko pokasływać. Nie wiem czy to z wysiłku, czy jest to jednak wynikiem mojego przeziębienia, pomimo którego postanowiłem wybrać się na tą imprezę. 40…już niedaleko, przecież to tylko 9 pięter. Ha ha ha … 9 pięter. Błahostka, 45. Ufff, pufff…jestem pewnie już około dwusetnego metra budynku, który mierzy 221m. Dochodzą do mnie dźwięki z ostatniego piętra, brawa, głośne komentarze. Wdrapuję się, podnoszę głowę i widzę napis 49! Okej, ostatni podryw, wybiegam z klatki schodowej i biegnę w stronę światła. Piiip, bramka oznajmiła, że mój czas został zatrzymany. Powieszono mi medal na szyi, po czy ledwo ledwo doturlałem się do materaca, na który padłem jak kłoda. Ale, ale…ból w klatce się nasila, zrywa się męczący kaszel. Co jest grane? Nie mogę wstać i próbuje łapać powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. Przez chwilę się przestraszyłem, że to stan przedzawałowy. Ale z każdą minutą było trochę lepiej. Ból powoli ustępował, ale nabrać powietrza w płuca nie mogłem, bo kończyło się to kaszlem. Czy to jest hiperwentylacja? 😉 Spotkałem na górze Michała Kołodzieja, który miał takie same objawy. On stwierdził, że jest to uczucie zgagi tylko 20 razy silniejsze. 😉

Lekko otumaniony ze Sławkiem na 49 piętrze. fot. BiegiGorskie.eu

Nie zdążyłem się nacieszyć widokiem, bo kiedy doszedł do siebie musieliśmy isć do windy. Rzuciłem jeszcze okiem na tablicę wyników, która zmieniała się na żywo i zobaczyłem, że Artur Socha jest 2. w klasyfikacji OPEN. Super, ale zobaczyłem również, że Sławek jest 2. w swojej kategorii wiekowej. 😉 WooooW. Ja osiągnąłem swój cel i ukończyłem rywalizację z czasem 9:27. Artur w rezultacie zajął bardzo wysoką pozycję 5. Open i 3. w kategorii z czasem 6:35, a Sławek był 4. w kategorii wdrapując się na szczyt w 7:45.

Nie wiem na razie co myśleć o takiej formie biegania. Na mecie wspominałem Sławkowi, że mi się nie podoba i że prawdopodobnie nie będę już brał udziału w takich przedsięwzięciach. Ale jak to mówią „nigdy nie mów nigdy”. Już mi się w głowie urodził pomysł, żeby jednak raz w tygodniu, zamiast przebieżek robić ze dwie czy trzy rundy na 10 piętro i na dół w moim bloku. Jeśli nie przyda się w jakimś starcie po schodach, to na pewno wejdzie w siłę i przyda się w górkach. 😉 Była fajna przygoda, a teraz trzeba zabierać się do treningów i szlifować dalej formę na wrześniowe łamanie 3:30 w Warszawie. 🙂

Na koniec filmik, jaki skleciłem z nakręconych materiałów.

 

One comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *