Opuść mnie chorobo!!!

Już miałem nadzieję, że moja realizacja planów weszła na prawidłowy tor. Kilometraż zbliżał się do mojego rekordowego miesięcznego przebiegu w całej „karierze”, kiedy to przypałętała się jakaś infekcja. Tak mi gardło zawaliło, tak mnie kaszel męczył, że odpuściłem sobie cały tydzień biegania. Lepiej się wykurować. Dziewiątego dnia bezczynności treningowej, postanowiłem wybrać się na siłownię, żeby porobić interwały. Udało mi się zrobić wszystko co zaplanowałem, czyli na rozgrzewkę 3km po 5:26/km, a później wziąłem na warsztat wspomniane interwały. Było ich 5 razy 1000m w tempie 4:26/km i ustawieniem bieżni z 3% nachyleniem, żeby nie było za łatwo. 🙂 Na koniec schłodziłem się dwoma kilometrami w tempie rozgrzewki. 😉 Niestety po powrocie do domu dostałem ataku kaszlu, który nie ustępował chyba przez godzinę. Płuca czułem jakby były sztucznie nadmuchane….masakra jakaś. Nigdy wcześniej kaszel czy inna infekcja gardła nie trzymała mnie tak długo. Z lekarzami jestem na bakier….bo uważam wizytę u nich za stratę czasu, ale po takim okresie złamałem się. Poszedłem do „Dr. Quinn” tylko dlatego, że bałem się jakichś powikłań i przerzutu bakterii czy wirusów na oskrzela lub płuca. Niech mnie osłucha i coś przepisze, ale nie antybiotyk, od których oczywiście się wzbraniam. 😉 Pani doktor powiedziała, że jest to przeziębienie wirusowe, płuca i oskrzela czyste. Powiedziałem, że ja przez ten kaszel to w nocy spać nie mogę. Dostałem tabletki na dzień i jakąś mocniejszą na noc, żeby się wysypiać. Nie omieszkałem zapytać czy w takiej sytuacji mogę biegać pod dachem, ewentualnie wykonywać jakieś ćwiczenia…niestety odpowiedź nie była dla mnie zadowalająca. Proszę dużo odpoczywać, żeby wirus się nie przeniósł dalej. 🙁 Słabiutko….oczywiście nie chciałem brać L4…strzeliłbym sobie w kolano. Bo przecież jak się za dwa dni lepiej poczuję to pójdę pobiegać, a na zwolnieniu to mnie z domu żona nie wypuści. Pod kuruję się i zobaczymy. Do końca tygodnia nic nie robiłem, tzn. starałem się robić pompki i brzuszki, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Zero motywacji. Oczywiście szlak mnie trafiał, gdy nadszedł weekend i znajomi wrzucali informacje o swoich długich wybieganiach.

Rozpoczął sie trzeci tydzień mojej dolegliwości, a gardło dalej boli. Co prawda kaszel się uspokoił i odzywa się tylko sporadycznie, to martwiła mnie ta ciągła klucha w przełyku. :/ Nic to, we wtorek (4.02) wybrałem się po pracy do Aqua Zdroju na nową siłownię. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Może dlatego, że nowa. 🙂 Czyściuteńko, elegancko, dużo bieżni…dokładnie nie wiem-nie liczyłem. Wybrałem sobie jedną z nich, patrzę a tu na każdym stacjonarnym sprzęcie TV z możliwością podłączenia telefonu, włączenia sobie widoczków, czy nawet poukładania pasjansa. 😉 Jeszcze na takiej „szmacie” nie biegałem. Nie miałem konkretnego planu na ten bieg, po prostu chciałem się rozruszać. Kiedyś Leszek wspominał, że jak się komuś nudzi na elektrycznej bieżni to niech wachluje tempami, wtedy jest ciekawiej. Tak też zrobiłem i po 10km miałem średnie tempo 5:31/km. Na dobitkę mojego i tak wymęczonego organizmu, zrobiłem podbiegi w wymiarze 5x200m i ustawieniem nachylenia 10% 😉 (tempo 5:10/km). Na koniec kilometr schłodzenia i pod prysznic. 🙂 Mocny trening, który czułem w udach na drugi dzień. Całe szczęście nie było ataku kaszlu. 🙂

Dwa dni później ponownie odwiedziłem bieżnię z telewizorem. 😉 Ale już nie było tak pięknie. Nie byłem w stanie podjechać po pracy i zjawiłem się tam ok. godziny 18. Oczy wyszły mi z dołków jak zobaczyłem te tłumy na siłowni. Kolejka do bieżni, do sprzętów siłowych po dwie, czy trzy osoby oczekujące….u la la. Poczekałem na swoją kolej jakieś 10 minut, wskoczyłem na bieżnię, przyczepiłem swoje słuchawki do TV, włączyłem Panoramę i zacząłem biec….oj oj….zapomniałem się załatwić przed wejściem na salę. O naturo złośliwa!!! przecież jak pójdę do toalety to ktoś wskoczy na moje miejsce. Nie ma bata, trenuję silną wolę i biegnę z pełnym pęcherzem. Męczyłem się strasznie i to nie tylko z powodu potrzeby. Przez ten tłok było strasznie duszno, że nawiewy nie dawały rady. Lało się ze mnie jakbym pod prysznicem siedział. Nie widziałem sensu tak się katować, zatrzymałem się na 8km (śr. tempo 4:59/km) i uciekłem pod prysznic. W szatni ma się rozumieć też tłok. Nie dla mnie takie miejsca, gdzie muszę czekać, żeby luźniej zrobiło się koło szafki. Postanowiłem, że następny trening robię na dworze. Koniec rekonwalescencji.

Poczekałem spokojnie do niedzieli, żeby wspólnie ze Sławkiem (biegigorskie.eu) zaliczyć długie wybieganie. Pech chciał, a może to nie pech…nie mieliśmy po prostu weny do truchtania. Zrobiliśmy 16km, ale pod drodze było kilka przerw na nagrywanie filmików, robienie zdjęć i żartów. Pełny luz biegowy, bez żadnej spiny. Dzięki koledze poznałem super miejsce, którym jest stara sztolnia z XVIII wieku. Była kopalnią srebra i ołowiu…rozglądałem się, ale żadnego świecidełka nie znalazłem. 😉 Robi ona niesamowite wrażenie; na początku doszliśmy korytarzem do 12 metrowego szybu, a później przecisnęliśmy się „dziurą” do małej hali o długości około 57 metrów i głębokości 24 metry. Muszę pokazać tą miejscówkę dzieciom. 😉

Wynikiem tej wycieczki był filmik, który skleciliśmy. Nie jestem w stanie lepiej opisać, co nas zmotywowało do jego nakręcenia, jak zrobił to Sławek (pełen tekst odnośnie naszej wycieczki można znaleźć TUTAJ):

Podczas biegowej kontemplacji doszliśmy do wniosku, że nikt nie zmusza nas do biegania. Dlatego możemy skrócić trening, zrobić zdjęcia, pogadać, wrócić do domu. Możemy zrobić co nam się tylko podoba. Stąd pomysł na nakręcenie filmiku o anty biegowym zabarwieniu. To miał być taki żarcik. Bo biegać nadal chcemy i mamy zamiar robić to znacznie szybciej. Ale ten biegowy „spin” który jest coraz powszechniejszy, czasem nabiera nawet groteskowej formy. Główny cel, jakim w bieganiu jest bieganie – bardzo wielu ludziom znika z pola widzenia. I z prawdziwej frajdy robi się jakiś przymus, obowiązek, nowe źródło kompleksów, stresu. Po prostu koszmar. My nie chcemy tak biegać. Owszem, chcielibyśmy robić to coraz szybciej i dalej. Ale żeby później nasze biegowe niepowodzenia przenosić na prywatne życie?! Jakoś nam to się nie uśmiecha. Doszliśmy do wniosku, że należy trenować bieganie i mocno się do tego przyłożyć, lecz robić to bez zbytniego stresu. Wiadomo, że efekty będą dużo mniejsze, albo będzie się do nich dochodzić znacznie dłużej. Na szczęście nigdzie nam się nie spieszy.


Przede mną już normalny rygor treningowy. Mam nadzieję, że nie złapię jakiegoś wirusa czy bakterii i będę mógł w spokoju przygotowywać się do zawodów. 😉 W sumie to pisząc tego posta jestem już po trzech dniach treningowych, ale o tym w kolejnym wpisie. 🙂

 

Fotografie: Sławek. 🙂

2 comments

  • Filmik zabójczy!!! 🙂
    Świetne macie te tereny do biegania, jak ja zazdroszczę…
    A co do bieżni to ja też tylko biegałem jak musiałem przez kaszel. Na mój gust to strasznie mocne te treningi robiłeś (nachylenie duże), ale pewnie przyzwyczajony jesteś bo cały czas po górkach hasasz 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *