14. Toyota Półmaraton Wałbrzych 2013

Po urlopie zabrałem się ostro do biegania. Zostały 3 tygodnie do półmaratonu i mam wrażenie, że wykonane w tym czasie treningi były solidne i nareszcie regularne. Zmotywowany w tygodniu zaliczałem 4 jednostki, a w trzecim tygodniu wliczając zawody było ich pięć. Tak intensywnych przygotowań w swojej krótkiej karierze nie miałem. Można powiedzieć, że to tylko 21dni mocnych przygotowań, ale jestem teraz pewny, że chcę to utrzymać przynajmniej do maratonu we Wrocławiu. Czuję, że efekty już przychodzą zarówno na płaskim jak i na podbiegach, których w przyszłości planuję zaliczać dużo więcej. Przyszedł czas na sprawdzian, do którego podchodziłem z lekką niepewnością. Zeszłoroczny półmaraton w Wałbrzychu ukończyłem z czasem 1:50 i byłem na końcówce przygotowań do maratonu w Warszawie. Teraz miałem trochę problemów z utrzymaniem regularności w treningach i jak się później okazało, nie wpłynęły one zbytnio na moją formę. W tej edycji 14. Toyota Półmaratonu Wałbrzych, swój skromny udział wzięły moje dzieci, które wystartowały w Biegu Szkrabów dookoła rynku. 🙂

Na dzień przed startem (sobota), zabrałem rodzinkę i pojechaliśmy po odbiór pakietu startowego, gdzie przy okazji załapaliśmy się na Pasta Party. Była to również wspaniała okazja do spotkania się z biegającymi przyjaciółmi, z którymi będziemy wspólnie (mam nadzieję!) brali udział w coraz większej ilości imprez. Odbiór pakietu odbył się bezproblemowo, wziąłem go też dla Sławka, który niestety musiał popołudnie spędzić w pracy. Do każdego pakietu dodany był kupon, który po wypełnieniu trzeba było wrzucić do urny. Podczas wręczania nagród, kupony te były losowane, a główną nagrodą był samochód Toyota Aygo. Wspomniane wcześniej Pasta Party było pierwszym minusem zapisanym na koncie organizatora. Pomijając fakt, że makaron mi nie smakował, bo wyglądał jak rozgotowany i bałem się trochę jeść kiełbasy, która była w sosie. „Impreza” rozpoczęła się o godzinie 18, a już ok. godziny 19 podjechał samochód, do którego załadowano termosy z jedzeniem i po makaronie…zaraz, zaraz, przecież miało być do 20!!! Panie powiedziały, że jedzenie się skończyło….jak się skończyło skoro w sumie przeszło nie więcej niż 40 zawodników, a zapisanych było blisko 1200. 🙂 Nic, to….pozbieraliśmy się i wróciliśmy do domu. 🙂

W niedzielę umówiliśmy się ze Sławkiem, że pojedziemy odpowiednio wcześniej, żeby na spokojnie poszukać miejscówki na samochód, mieć czas na pokręcenie się po okolicy, czyli ogólny przedstartowy relaks. 😉 Zapakowaliśmy się wszyscy do mojego „autobusu” i w jakieś 20 minut byliśmy już na miejscu. Ze znalezieniem miejsca parkingowego problemu też nie było. Kiedy zmierzaliśmy w kierunku rynku, gdzie umiejscowiony był start biegu, dało się wyczuć wielkie podniecenie tą imprezą u Szymonka. Jak tylko się dowiedział o tym, że zapisałem ich na bieg, w którym zdobędą medale nie mógł się doczekać. Cały czas mi opowiadał jak będzie biegł i że dostanie swój pierwszy w życiu medal. Na trzy dni przed biegiem dostał gorączki, ale nawet przez minutę nie pomyślał, że nie weźmie udziału w tej imprezie. Stwierdził nawet, że szybko przebiegnie i nie zdąży się bardziej przeziębić. 🙂 To był dla niego bardzo ważny dzień. Jagoda jak to dziewczynka, podeszła do sprawy na pełnym luzie. 😉 Już w momencie wejścia do rynku napotkaliśmy znajome twarze, kilka słów, przechodzimy dalej i znowu znajomi. Przeszliśmy z rynku do Placu Magistrackiego, gdzie zostawiłem rodzinkę na słońcu ;), a my zrobiliśmy sobie małą rozgrzewkę. Po dwóch dnia przerwy od treningów, jaką sobie zaserwowaliśmy, czułem fajną świeżość w nogach. Już po tym krótkim truchcie wiedziałem, że będzie dobrze, że będę w stanie pobiec na miarę wyniku z zeszłego roku. 🙂

Zbliżał się czas, w którym zaplanowany był start dzieci w Biegu Szkrabów. Tutaj organizator zarobił w moim „kajecie” drugiego minusa. Pomysł był świetny, ale wykonanie było gorzej niż słabe. Wątpliwości wzbudzała już godzina, o której pociechy miały wystartować…10:55!!! Jak to, oni chcą ogarnąć bieg dookoła rynku dzieci z roczników 2006 i młodsze w pięć minut? A co z rodzicami, którzy startują w biegu głównym i chcieliby popatrzeć jak jego pociechy biegną? Udaliśmy się trochę wcześniej na start, gdzie już był chaos. Limit dzieci jaki był określony to 40. Nie liczyłem ile faktycznie szkrabów było, ale do każdego dzieciaczka była przynajmniej jedna osoba towarzysząca, a miejsca nie wiele. Dostrzegłem, że niektórzy mali zawodnicy mają przypięte numery i założone koszulki sygnowane logiem półmaratonu. Widzę, że jakiś człowiek rozdaje koszulki z pudełka, więc wystawiłem rękę, wziąłem jedną i założyłem Szymkowi. Wysłałem do niego Jagodę, ale chciał ją spławić trudnym pytaniem o listę startową, więc się do niego pofatygowałem i mówię, żeby dał córce koszulkę. Otrzymałem odpowiedź, że nie ma numeru startowego, ale przecież jest na liście startowej – odpowiedziałem. Z łaską dostaliśmy dodatkową koszulkę, ale numerów nie mieliśmy. Co się okazało, miałem się o nie upomnieć przy odbiorze pakietu startowego. Niby mój błąd, ale moim zdaniem w hali „expo” powinna być jakaś informacja o biegu dla najmłodszych. Przez to całe zamieszanie kilkoro dzieci się popłakało, Szymek również nie omieszkał. W międzyczasie samochód, który prowadził czołówkę półmaratonu zaczął się przeciskać między dziećmi, jakiś radiowóz za nim. SZOK. Jakbym wiedział, że tak będzie to bym ich nie zapisywał. Jakoś do startu doszło, dobiegli do mety. Jak się okazało Szymonek doleciał jako 6 na ok. 40. Na mecie dostali po melonie i medalu. Do medalu też mam małe zastrzeżenia. Nie wiem jakie są koszty produkcji naszych medali, ale jeśli zamawia się ich ok 1300, to chyba domówienie 40 nie jest jakimś większym obciążeniem. Tymczasem maluchy dostały jakieś małe blaszane medaliki. Nie wiem czy organizator zdaje sobie sprawę, że taki bieg jest dużym wydarzeniem dla dzieci i że taką organizacją ich zabawy po prostu je zlekceważył. Ja, jako rodzic byłem bardzo zniesmaczony. Jak byłem po swoim biegu i dzieci zobaczyły mój medal porównując ze swoim, widziałem w ich oczach lekkie zmieszanie, po czym synek dodał, że mój jest lepszy. :/ Z ich mety szybko pobiegłem do toalety przed którą spotkałem Marka Swobodę, szybka piąteczka, życzenia powodzenia i poleciałem na start.

W planie miałem ustawić się za „zającem” z tabliczką 1:40, ale w środku stawki było bardzo dużo luzu, więc postanowiłem zostać. Nie będę się przeciskał. Chwila odliczania i START. Ruszyliśmy, na początku nie da się podgonić bo biegniemy dookoła rynku, a tutaj jest wąsko. Czekają nas 3 pętle po 7km, dosyć ciężkiej trasy z 2-3 konkretnymi podbiegami, które potrafią wymęczyć nogi. Wiadomo, tam gdzie podbiegi są i zbiegi, na których można starać się zniwelować stratę z tych pierwszych. 🙂 Pierwszy kilometr trochę się podpaliłem, ale u mnie staje się to tradycją. Tempo jakie zanotowałem to 4:23min/km. Ten odcinek jest z górki, to pomyślałem, że dlatego tak pędzę, ale kiedy zbiegliśmy do Al. Wyzwolenia to już zaczyna się lekko pod górę, a moje tempo wyniosło 4:42min/km. Troszkę za szybko, na pewno na tym najgorszym podbiegu   będę sapał jak lokomotywa, a tutaj miła niespodzianka. Krosowe treningi dały mi powera na takich odcinkach, podbieg pokonany w ze średnią 5:05min/km. Sprawdziłem w tempach z zeszłego roku, to było 5:21/km. Jest postęp ;). Następnie czekał na mnie dosyć długi zbieg, trzeba było podgonić i zarobić kilkanaście sekund premii, bo nie wiadomo jak długo pociągnę w takim tempie. Czwarty i piąty kilometr to tempa 4:27 i 4:26, więc jest dobrze. Dalej znowu lekko pod górę w kierunku placu przed Teatrem Dramatycznym, gdzie umiejscowiony był wodopój. Zanim do niego dotarłem, spotkałem moje dzieci z żoną, którzy stali na pobliskim skrzyżowaniu. Wziąłem dwa kubki z wodą, jednym przepłukałem jamę ustną, a drugi wypiłem. Z drugiego stolika zabrałem dwie połówki banana, po czym podałem szybko córce, żeby sobie zjedli. 🙂 Ja nie planowałem, więc niech one sobie zjedzą. 😉 Kolejny podbieg na ul. Zajączka, tutaj dobiega do mnie Sławek, myślał, że gdzieś się zakałapućkałem przy szkrabach, bo planowaliśmy biec razem, a ja wyrwałem. Hmmm … nie da się ukryć, trochę mnie poniosło bijąc swoją życiówkę na odcinku 5km. 🙂 Powiedziałem, żeby biegł swoim tempem, ja muszę trochę zmiarkować, bo pierwsze kółko jeszcze nie zamknięte, a ja już czuję zadyszkę. Jeszcze tylko zawijka koło kościoła ewangelickiego i wbiegamy do rynku. Patrzę na zegarek, a tu średnie tempo biegu 4:44/km. Wow…takie tempo miałem w Biegu Powstania na 10km. Z tą różnicą, że czekają mnie jeszcze dwie pętle po 7km. 😉 Pierwsza pętelka z czasem 33:45.

8 km otwieram z tempem 4:37/km, jeszcze mam zapasy świeżości i cisnę dalej. Mile zaskoczył mnie kolega Krzysiek, który podczas Biegu na Wielką Sowę był przede mną. Teraz biegł cały czas za mną. Co się odwróciłem to był coraz bliżej, więc starałem się przyśpieszać. Najlepiej udawało mi się na zbiegach, to ten element który mam słabiutki w górach. Na drugim kółku morderczy podbieg pokonałem trochę gorzej, bo w 5:27/km. Jakieś 200m za nim, organizatorzy ustawili kurtynę wodną, ale nie korzystałem z niej. Wolałem nie ryzykować dodatkowych obtarć, przez mokre ubrania. Chociaż mokre i tak były od potu. Tego dnia było dość ciepło, ale nie na tyle, żebym brał po drodze prysznic. 😉 Na punkcie zabrałem tylko kubek wody i pognałem w dół. Tutaj za wszelka cenę chciałem biec tak szybko jak potrafię. Było jednak wolniej, niż na pierwszej pętli – 4:30 i 4:44. Długi podbieg, prowadzący do placu koło teatru, niestety rodzinki w tym samym miejscu nie było. Ha….czekali na mnie pod teatrem :). Jagusia wykrzyczała, że dziękują za banany ;). Szybki bufet, znowu tylko kubek wody i dalej cisnę pod górkę na Zajączka. W głowie mam myśl, że już niedługo zacznę ostatnią pętlę i po raz ostatni będę pokonywał każdy kolejny podbieg. 😉 Jak ja nie lubię biegać w kółko!!! Odcinek koło kościoła i wbiegam do rynku. Patrzę na zegarek, 1:08 po 14km podróży. Drugie kółeczko wyszło wolniej, ok. 35 minut. Wcale się nie dziwię, czuję już zmęczenie pomimo którego ponownie otwarcie pętli poleciałem po 4:44/km.

Uff, teraz każdy metr trasy nie będzie już przeze mnie pokonywany. Al. Wyzwolenia, która jest lekko pod górę pokonuję troszkę ponad pięć minut na km i zaczynałem się obawiać jak sobie poradzę z wdrapywaniem się po raz trzeci pod ul. Piłsudskiego. Obawy nie były bezpodstawne, w połowie tego podbiegu musiałem ok. 50m podejść. Nogi i mój oddech nie pozwoliły mi na pokonanie całego odcinka biegiem. Całe szczęście nie trwało to długo i ruszyłem dalej. Na górze biegacze przebiegają przez prysznic….o nie, nie zrobię tego…podbiegłem do punktu z wodą, wziąłem kubek i wylałem go sobie na kark. Teraz zaciskam zęby i ruszam w dół. Udaje mi się pognać po 4:43 i 4:39. Już jestem prawie w domu…dobiegam do teatru, a tu nie ma rodzinki :/. Pewnie udali się już w stronę rynku, na metę. Nie…są, idą w kierunku pl. Magistrackiego. Szybka piątka z Szymonkiem, Jagódka nie zdążyła z rączką. Dodali mi siły, której na końcówce potrzebowałem. Wiedziałem już, że czas jaki osiągnę będzie dobry, po spotkaniu z rodzinką przyśpieszyłem. Ostatni kilometr, jeszcze wyprzedzam…nieźle, rzadko mi się to zdarza, to raczej mnie mijają pod końcówkę. Ostatni odcinek za kościołem w dół, można przyśpieszyć, zegarek dawno poinformował mnie, że 21,097 za nami. Hmmm, ostatnie 300m, jakie wyszły ww Garminie naddatku pobiegłem w tempie 4:05/km. 😉 Przebiegam metę i na zegarze widzę 1:45…super, udało mi się wyrównać wynik z Sobótki. Ale przecież nie ruszyłem razem z zegarem…sms, który otrzymuję po biegu mówi mi, że Pobiłem swój rekord życiowy w półmaratonie 1:44:44, poprawiłem się automatycznie o 6 minut w stosunku do poprzedniego roku. 😉 Jest forma i jest dobry prognostyk przed Wrocławiem.

Pomijając organizację biegu dla dzieci, impreza drugi rok z rzędu stała na bardzo dobrym poziomie organizacyjnym. Nie było w trakcie jej trwania żadnych zgrzytów. Tradycyjnie wolontariusze stanęli na wysokości zadania, szkoda tylko, że kibiców na trasie nie było za dużo, ale może kolejnym razem będzie ich więcej. Prawdopodobnie w przyszłym roku też pobiegnę i chciałbym, żeby moje dzieci również wzięły udział w tej imprezie, z tą różnicą, aby były potraktowane poważnie i na równi z dorosłymi biegaczami.

 

Na koniec jeszcze mała galeria z zawodów:

3 comments

  • Super sprawa, gratulacje! Z tymi biegami dzieci to trochę żenada 🙁 ale mam nadzieję że i tak miały wielką frajdę. A wyniku to gratuluję – robi wrażenie, postęp ogromny, we Wrocławiu wróżę jeszcze większy postęp bo patrząc na treningi to ćwiczysz ostro 🙂
    Tylko zacznij powoli bo tutaj było za szybko, no ale jeśli o to chodzi to możesz mi odpisać żebym sam na to uważał bo co było na BPW co razem biegliśmy 🙂 ??

    Odpowiedz
  • Pingback: Radek Biega » To co przed „połówką” i po…

  • Niestety mam problem z tym początkiem biegu. Nie potrafię się pohamować i lecę jak przecinak za szybszymi. Na Biegu WOPisty było podobnie, ale po 600m się zorientowałem, że coś jest nie tak 😉 TAKŻE, UWAŻAJ NA POCZĄTKU BIEGU I NIE WYCHYLAJ SIĘ ZANADTO!!! 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *