XXIII Bieg Powstania Warszawskiego 2013

Jechałem na ten bieg wyluzowany, nie miałem żadnego celu jeśli chodzi o wynik jaki miałem sobie wytruchtać. Jak pisałem w poprzednim poście, zrobiłem sobie dość długą urlopową przerwę w treningach, zaliczając tylko długie wybiegania. Obawiałem się nawet o blamaż i wstyd przed samym sobą, że dobiegnę grubo po 50 minutach, bo o złamaniu tej magicznej dla mnie liczby minut nie było mowy. Tak mi się przynajmniej wydawało. Długi rozbrat z konkretnymi treningami, plan uwalony i zaledwie dwa długie wybiegania. 

Drugim etapem naszych urlopowych wojaży był pobyt w Warszawie. Czasu i szczerze „pisząc”, chęci na kontynuowanie planu nie miałem, może trochę przez pogodę, a może po prostu ze zwykłego błogiego lenistwa. 😉 Jedynie stać mnie było na to, żeby sobie pobiec 26km po pakiet startowy, który dostałem w prezencie od PKO Bank Polski w ramach akcji Biegajmy Razem. Przez ostatni tydzień przed startem to była moja jedyna aktywność i dlatego chciałem się po prostu dobrze bawić podczas tej imprezy, która ma swoje stałe miejsce w moim kalendarzu. Ale wiadomo jak jest…gdzieś tam w głowie walczyły między sobą dwie myśli, jedna o blamażu i druga….a może jednak się uda…może wkońcu przełamię tą barierę 50 minut. Podchodziłem do tego dwa razy z miernym skutkiem. Oczywiście obydwa starty kończyły się życiówkami (XII Bieg Powstania Warszawskiego i 28. Uliczny Bieg Sylwestrowy w Trzebnicy), ale ciągle czegoś brakowało. Tylko czemu teraz miałoby być inaczej. 🙂 

W dniu biegu pojechaliśmy do mojego brata, żeby korzystać z wysokich temperatur na świeżym powietrzu i się wyluzować. Co jakiś czas kontrolowałem zegarek, żeby odpowiednio wcześnie wrócić do rodziców, przebrać się i pojechać na miejsce startu. Zrealizowałem swój plan, tak jak go sobie poukładałem. Pierwotnie na bieg mieliśmy pojechać całą ferajną, czyli moi rodzice i moja czteroosobowa rodzinka, ale skończyło się na tym, że zabrałem tylko żonkę. Start był trochę późno, temperatury za wysokie, więc nie było sensu ich męczyć. 😉

Lubię przed tego typu imprezami być przynajmniej 1,5h przed startem. Trzeba się pokręcić, porozglądać, a może spotka się kogoś znajomego. Pierwsze kroki poczyniłem w kierunku stanowiska PKO, gdzie zapisałem się na listę biegaczy, którzy dzięki swojemu startowi biorą udział w akcji charytatywnej „Biegnę dla Leosia”. Po wypełnieniu listy przypiąłem sobie kartkę z hasłem akcji i poszliśmy przed start z nadzieją, że kogoś znajomego spotkamy. Z informacji jakie dostałem po biegu, efekt akcji był oszałamiający. Zgłoszonych osób było 567, dzięki czemu PKO przekaże na operację chłopca 20.000PLN. Ilość chętnych przerosła organizatora i w krótkim czasie zabrakło kartek na koszulki. 🙂

Wracając do poszukiwań znajomych twarzy, wiedziałem o obecności Leszka więc od samego początku się za nim rozglądałem, żeby tym razem mi nie uciekł i żeby w końcu się spotkać osobiście ( podczas Biegu Konstytucji, zanim się dokopałem do strefy gdzie stał to już go tam nie było:) ).  Długo nie czekaliśmy, przybył z Krasusem. Fajnie było się spotkać w rzeczywistości ;). Żonka zrobiła nam fotkę i chłopaki poszli zapisać się na akcję PKO. to od nich dowiedziałem się o deficycie kartek. Postanowiłem dołączyć do nich na rozgrzewkę…fju fju…przecież chłopaki to jest inna liga niż ja. Pod czas naszego „truchtu” Marcin powiedział, że biegniemy w tempie trochę ponad 4min/km…o kurka, przecież to jakiś kosmos, ja się na tej rozgrzewce rozjadę!!!. Szybki skok w krzaki na ostatnie oddawanie płynów i nawrotka w stronę startu. Po drodze spotkałem kolegę Tunga z byłej pracy, zamieniliśmy kilka słów, ale nie chciałem stracić z oczu Blog@czy, więc pożyczyliśmy sobie powodzenia i podążyłem za chłopakami. Do startu jeszcze było chyba ok. 10, czy 15 minut, więc zrobiliśmy jeszcze kilka szybkich sprincików na pobudzenie krążenia w nogach. Nigdy wcześniej tak się nie rozgrzewałem…może muszę zacząć.

START

Na starcie ustawiłem się koło Leszka i tuż za Krasusem, chociaż wiedziałem, że długo razem nie pobiegniemy. Bieg rozpoczął się z opóźnieniem…wszyscy ściśnięci jak sardynki w saunie, śpiewaliśmy „Sto lat…” powstańcom, odsłuchaliśmy piosenkę Hemp Gru(?) i o dziwo nie Roty, tylko Hymnu Narodowego. Rota podobno była na dystansie 5km. Wreszcie rozpoczęło się odliczanie i strzał! Ruszyliśmy, tradycyjnie mnie poniosło trochę bo uczepiłem się pleców Krasusa. Po 1,5km stwierdziłem, że nie jest to zbyt rozsądne. Ileż to razy przejechałem się na takich pędach z tłumem. Dlatego pierwszy kilometr wyszedł tak szybko, 4:07/km!!!. Trochę się opamiętałem i koszulka kolegi zaczęła powoli zanikać między innymi zawodnikami. Drugi kilometr pobiegłem tempem 4:33/km, i co najlepsze nie odczułem (jak dla mnie) morderczego startu. Końcówka tego odcinka to zbieg ulicą Karową, zawijasami więc można trochę podgonić słuchając odgłosów czołgów i wybuchów, co czynię i trzeci KaeM pokonuję w czasie 4:21 🙂 Cholercia, lecę jak przecinak. Teraz długa prosta Wisłostradą, długa prosta i gorąc odbijający się od asfaltu. To jednak mnie nie powstrzymuje przed zaliczeniem 4km w tempie 4:47. Ale nie ma co się cieszyć, bo przede mną najgorszy odcinek trasy, czyli podbieg na ulicy Sanguszki. Pamiętam jak w zeszłym roku okropnie się na nim mordowałem. Teraz miało być inaczej, przecież zaliczyłem parę treningów w górkach. 😉 Jest pięknie, 5km wypada na szczycie tej „górki”, którą pokonałem w tempie 5:03. 🙂 Wow, jeśli międzyczasy mogą być zaliczane, to mam nową życiówkę na dystansie 5km. 🙂  23:15!!! Podbiegam do wodopoju i chwytam kubek…zatrzymałem się :/ żeby wypić wodę, chwytam drugi kubek i wylewam sobie na kark. Ruszam dalej, przez ten przystanek zaliczam najdłuższy odcinek 6km w tempie 5:09. Hmmm, nie jest tak źle. 7km kończy się tuż pod Hotelem Bristol, czyli przed zbiegiem na karowej, tempo 5:06…okej trzeba przyśpieszyć!!! Czuję powoli pieczenie w udach, ale napieram…pod koniec zbiegu umiejscowiona jest kurtyna wodna, przebiegam przez nią i to był błąd. Na mnie to nie działa, ulga i przyjemność trwa ok 2sek., a później zderzam się ponownie z upałem. 🙁 Na Wisłostradę wbiegam i za chwilę Garmin oznajmia mnie, że 8km już za mną i pokonany został w 4:41. 🙂 Jeju jeju…patrzę na zegarek i nie wierzę, średnie tempo 4:44/km….przecież ja biegnę na nową życiówkę, ba…biegnę na złamanie cholernych 50 minut. 🙂 Teraz nie odpuszczę, zostało 2km, tylko ten podbieg….eee tam nie takie pochyłości się pokonywało w naszych rewirach. 😉 Duchota na Wisłostradzie daje mi w kość, ale nie odpuszczam….walczę, czuję mdłości, nie dobrze….nie teraz. Słyszę piknięcie 9km w tempie 4:52. O nie, jestem za daleko, gdzieś mam upał, gdzieś mam to że chce mi się rzygać…lecę po spełnienie mojego dawnego celu i nikt mnie nie zatrzyma;) Rozpoczynam podbieg, miarowy oddech, noga za nogą, nie patrzę już przed siebie, patrzę na stopy i tylko słyszę dobiegające słowa kibiców…już niedaleko!!! Tym razem Sanguszki pokonane w tempie 4:56. 🙂 Zbliżam się do mety, patrzę na wyświetlacz, a tam uciekają sekundy…na przodzie 47minut, jeszcze „dopędzam” jak to mówi mój synek. Nie, nie będzie 48…będzie 47. Przychodzi sms i oficjalny wynik 47:55!!! Jest nowa życiówka!!! O 3,5 minuty lepsza niż w Trzebnicy. Nie wierzę w to co widzę. Widać, że regeneracja dużo mi dała, a i bieganie w naszym górzystym terenie też pozytywnie mnie przygotowało. 🙂

Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, jeśłi ktoś powiedziałby mi przed startem, że taki czas osiągnę, odesłałbym go do mojego dzienniczka biegowego i popukałbym w czoło. Rozmawiałem z Arturem, który powiedział, że to normalne przy takim dystansie. Gdzieś ta moc się skumulowała, ale na dłuższych już bym poległ. Niestety przez tą przerwę mój plan pod maraton się rozsypał i będę musiał coś z tym zrobić, ale opiszę to w oddzielnym „komunikacie” :).

 

2 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *