6. Międzynarodowy Półmaraton Ślężański

Kiedy układałem sobie plan startów na 2013 rok, jako pierwsze wiosenne zawody chciałem zaliczyć w stolicy bieg 8. Półmaratonu Warszawskiego. W tym roku jednak święta wielkanocne wypadają tydzień po tym wydarzeniu i nie byłoby sensu dwa razy w tak krótkim czasie jeździć do Warszawy (mało ekonomiczna sprawa). Małżonka stwierdziła, żebym spróbował czegoś nowego i wziął udział w zawodach w Sobótce. Przestudiowałem opis trasy, zasięgnąłem języka u znajomych i podjąłem decyzję, która okazała się później strzałem w dziesiątkę. Trasa wymagająca, z długimi podbiegami, piękna okolica i uzyskany przeze mnie rekord życiowy… 1:45:21.

Prolog…

Półmaraton Ślężański w Sobótce zaplanowano na sobotę (22.03), dzień przed zapowiadającym się na rekordowy, półmaratonem w Warszawie, gdzie startowała masa moich bliższych i dalszych znajomych. Pierwotnie na całą imprezę miałem wybrać się całą rodzinką, kiedy ja bym biegł, dzieci z żoną zwiedzałyby rynek i okolice uroczej Sobótki. Niestety „wiosenne” warunki atmosferyczne nie były dla nas zbyt łaskawe i rodzinka została w domu, a ja umówiłem się z kolegą Sławkiem, że pojedziemy razem. Zbiórka pod moją klatką była o godzinie 8:25, wcześniej zabrałem z samochodu dwa wzmacniające napoje, po czym udaliśmy się na pobliskie skrzyżowanie, gdzie czekał już na nas kolega Sławka. Siedział w środku rozgrzanego samochodu, nie było termometru, ale mogło być ok 26st. przy -6 na zewnątrz :). Ruszyliśmy w stronę Sobótki, do której dojechaliśmy mniej więcej godzinę przed startem. Pierwszą rzeczą było odebranie pakietów startowych, które zawierały oczywiście numer z przyklejonym czipem, kilka ulotek, piątkową Gazetę Wrocławską, koszulkę techniczną i …. puszkę piwa Zamkowego Jasnego Pełnego. 🙂 Podobają mi się te pakiety na zDolnym Śląsku, w zestawie Biegu Sylwestrowego w Trzebnicy było małe winko musujące. 🙂 Wróciliśmy do samochodu, a że ubrania na bieg mieliśmy już na sobie, zostawiliśmy tylko reklamówki z ulotkami i wróciliśmy do hali, na ostatnie oddanie zbędnych płynów i przypięcie numerów startowych. Na zewnątrz palce nam tak zgrabiały, że nie było na to szans. Jeśli chodzi o numery startowe, to fajnym pomysłem było umieszczenie na nim zdjęcia, które można było przesłać podczas rejestracji. Jeszcze raz wróciliśmy do samochodu, żeby porobić sobie zdjęcia przed startem, ja przy okazji zostawiłem kurtkę.

Po sesji, przyszedł czas na rozgrzewkę. Zrobiliśmy krótką rundkę pod niewielkie wzniesienie i stamtąd udaliśmy się biegiem na start, który był zlokalizowany w rynku. Słyszeliśmy, że organizatorzy zaczęli nawoływać maruderów, żeby ustawiali się przed linią startu. Przecisnęliśmy się niedaleko pacemakre z balonikami, na których było napisane 1:45. Fju, fju, jak na mnie to trochę ambitny plan-pomyślałem. Jakoś nie czułem się na siłach, pomimo treningów, żeby bić jakiekolwiek rekordy. Mając jeszcze w głowie nasz Sobótkowy trening i mordęgę jaką przeżywałem kiedy pokonywaliśmy prawie 9km podbieg…. Podchodziłem do tego biegu z nastawieniem- Oby nie przekroczyć 2h. 🙂 Tylko raz przeszła mnie myśl, że a nóż uda się jakimś cudem pokonać barierę 1h50min 😉 Chwilę poskakaliśmy na starcie, żeby nie wytracić za dużo ciepła, nad nami latał helikopter (chyba medyczny), oraz małe latające ustrojstwo z przymocowaną kamerą. Nagle głos w głośnikach zaczyna odliczanie, 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 …. i nastąpił wystrzał z armaty.

5km…

Ruszyliśmy…. a właściwie zerwaliśmy się tradycyjnie, jak to bywa podczas masowych biegów, żeby się zaraz zatrzymać :). Drugie podejście było już właściwe. Nie mieliśmy możliwości ruszyć we wcześniej zaplanowanym tempie, za dużo ludzi było przed nami, a droga była zbyt wąska. Próbowaliśmy się przeciskać, na ile było to możliwe, głównie poboczem drogi. Nie lubię trochę takich akcji, bo można się na początku takimi zrywami załatwić. Od samego początku było pod górę, jeśli dodać do tego wymijanie (z interwałami:)) to jest niezła mieszanka. Pierwszy kilometr wyszedł w tempie 5:42/km, trochę za wolno, ale co zrobić jak się inaczej nie da…przez kolejny kilometr przesuwaliśmy się do przodu co widać po tempie 5:24/km. W miejscowości Strzegomiany, przez ok 2km był lekki zbieg, gdzie pozwoliliśmy sobie na podjęcie próby odrabiania strat, oczywiście w większości poboczem. 3 i 4 kilometr wyszły odpowiednio po 4:36/km i 4:35/km. Po tym zaczęła się lekka „rzeź niewiniątek”, przed nami odcinek pięciokilometrowy pod górę (ok. 176m w pionie). Widać było kto jest przygotowany na podbieg, a kto trenował raczej po płaskim. Do 5km trasy biegliśmy ze Sławkiem razem, ale stwierdziłem, że nie jestem w stanie kontynuować podróży razem i muszę skupić się nad sobą. Klepnąłem go w plecy i powiedziałem, żeby biegł dalej swoim tempem. Rzucił jeszcze tylko przez plecy, że spotykamy się w hali koło tablicy z listą startową.

10km…

Mniej więcej na 6km, minął mnie pacemaker z balonikami, na których ze zdziwieniem, ujrzałem 1:40. Rzeczywiście, trochę na początku przycisnęliśmy. Aż tak bardzo tego nie odczułem, biegło mi się lekko, krok za krokiem, wykonywałem żmudną pracę wdrapując się na „szczyt” oznaczony tabliczką z napisem 9km. Wiedziałem, że jeśli dobiegnę w rozsądnym tempie do niego, to później poleci jak z płatka. Mijam kolejne osoby słabnące, jedni zwalniali drepcząc często ale krótkimi ruchami, inni przechodzą do chodu. Widziałem też zawodnika, który musiał przystanąć głęboko oddychając. Starałem się nimi nie rozpraszać, dziękowałem tylko w głębi ducha Arturowi, za jego wycieczki z podbiegami, czy trasy na długie wybiegania. Teraz dopiero docierało do mnie, że te tygodnie treningów, nie poszły na marne. Oddech utrzymuje mi się na jednakowym poziomie, nie czuję zmęczenia w nogach. Postanowiłem, że ok 10km, zażyję żel energetyczny…tylko nie pomyślałem o czymś do picia, co będzie jeśli się zalepię. Wodopój był na, jeśli dobrze pamiętam, 4km. Całe szczęście żel włożyłem do rękawiczki, a tam było cieplutko jak w ulu i zrobił się dosyć płynny. Kiedy dobiegłem do 9km, wypiłem go i przyśpieszyłem, teraz będzie bardzo długi zbieg. Żeby nie przesadzić z tempem, musiałem trochę folgować… Międzyczas na 10km miałem 52:10, całkiem nieźle, zważając na to, że czeka mnie jeszcze drugie tyle i ciut. Kalkulowałem sobie, że biegnąć cały czas tym tempem, osiągnę czas w granicach 1:52. Muszę przyznać, że jak by ktoś mi powiedział przed biegiem, że tyle będzie, mógłbym brać w ciemno :).

15km…

Kiedy tak sobie zbiegałem, przede mną pojawiła się biegaczka w koszulce z napisem „Kobiety na medal”. Dosyć często odwiedzam ich fanpage na FB. Podczepiłem się pod nią na chwilę, żeby odetchnąć trochę i po kilkuset metrach ja chciałem robić jako zając. Niestety nie wiem, czy koleżanka skorzystała, bo nie miałem za bardzo jak się odwrócić i sprawdzić (za szybko zbiegałem i bałem się stracić równowagę ;)). Robiłem dalej swoje, noga za nogą, oddech za oddechem…o dziwo nadal nie czuję większego zmęczenia, a przecież przyśpieszyłem. Na 12km stał wojskowy ambulans, z którego kierowca nawoływał przez megafon, że jest już połowa drogi za nami, żeby się nie poddawać. Pomyślałem, że wcale nie zamierzam, że biegnie mi się jak na treningu, a może nawet lepiej. Na 15km zorientowałem się, że właśnie pobiłem swoją życiówkę na tym dystansie (teraz nowa to 1:15), patrzę na zegarek, a tu niespodzianka, biegnę w tempie 4:59/km. Niebywałe, pierwszy raz biegnę takim tempem, tak długo ;). W pewnym momencie słyszę z tyłu głos innego uczestnika biegu, który dziękował mi za motywację w treningach…usłyszeć takie słowa na tym etapie biegu, to jak wstrzyknąć sobie dodatkową porcję endorfin. 🙂 Niestety nie byłem w stanie dostrzec na numerze jak ma na imię kolega (jeśli to czytasz daj znać:)). Chwilę biegliśmy razem, aż do najbliższego wodopoju. Nie zamieniłem z nim za dużo słów, bo zaczynałem odczuwać lekkie zmęczenie. Niestety. Podbiegłem sobie do środkowego stolika, chwyciłem kubek z wodą, przechyliłem, a tu ZONK 🙂 nic nie leci…woda zamarzła w kubeczku. Dobiegłem do ostatniego, odebrałem od wolontariusza ubranego w mundur świeżo nalaną wodę i nareszcie popiłem wcześniej zażyty żel. Starałem się jednak nie pić za dużo, tylko na zasadzie zmoczenia ust i przełknięcia gęstej śliny. Teraz przed nami tzw. „hopki”, czyli na dosyć krótkich odcinkach (ok. 500m) podbiegi i zaraz zbiegi. Na nich rozpoczęła się moja walka, poczułem, że jestem w stanie ustanowić swój Personal Best 😉 Tylko coś źle policzyłem i wyszło mi, że jak utrzymam 4:59, to końcowy wynik będzie 1:40. Zapomniałem dodać 1,097km. Najbardziej bałem się 18km, na tym etapie w poprzednich połówkach miałem kryzys jak na sławiennych 32km podczas maratonów. Teraz nic niezwykłego jednak się nie stało, minąłem tą straszną tabliczkę i pobiegłem dalej, teraz została długa prosta, praktycznie do samej mety. Do końca 3km, ale na finisz jeszcze za wcześnie. Co prawda 19km wyszedł mi w tempie 4:49/km, ale to przez to, że średnia wychodziła mi 5:02/km i chciałem ją zbić. Im bliżej mety tym głośniej dochodził do mnie dźwięk z megafonów. Ostatni kilometr, tutaj pojawiają się kibice, którzy dopingują na ostatnich metrach do zrywu, żeby walczyć do końca, dałem się ponieść emocjom…przyśpieszyłem, jeszcze na końcówce ścigałem się (nie wiem czy z wzajemnością) z biegaczką, którą dochodziłem przez ostatnie kilkaset metrów. Ostatni zakręt w stronę hali, gdzie umiejscowiona była bramka kończąca zawody, staram się jeszcze przyśpieszyć. Udało mi się wbiec przed koleżanką, zatrzymuję zegarek i …. o nie ma 1:40, ale jest 1:45!!! NOWY PB!!! Odebrałem medal i musiałem odsapnąć…podszedł Sławek, który również ustanowił nową życiówkę 1:42. Podał mi kubek z gorącą herbatą, ale nie miałem siły pić, zaczęło mi wszystko wirować…uff już po wszystkim. Nie spodziewałem się takiego wyniku… treningi działają :).

EPILOG…

Na hali czekała na nas ciepła strawa, do wyboru było danie jarskie i z mięskiem (makaron z sosem bolońskim lub z kurczakiem). Jakoś nie byłem w stanie jeść, wszystko było we mnie zaciśnięte. Chwilę odsapnęliśmy i udaliśmy się do samochodu na obowiązkową sesję zdjęciową i buteleczkę rozgrzewającego napoju, który zabrałem. 🙂

Jeśli chodzi o same zawody, to zmieniam zdanie, że największe miasta robią najlepsze zawody…wcale tak nie jest, tak jak podobała mi się Trzebnica, tak Sobótka jest teraz dla mnie na pierwszym miejscu pod względem półmaratonu. Organizacja na wysokim poziomie, trasa dobrze oznaczona, żadnych kolejek przy odbieraniu pakietów czy posiłków, jak na małą miejscowość, problemów z zaparkowaniem samochodu też dużych nie było. Ja nie jestem osobą wymagającą, to czego potrzebowałem było. Najważniejsze dla wszystkich uczestników było to, że organizator zadbał o stan nawierzchni na całej trasie biegu. Pogoda jaka była wiadomo. mróz, wcześniej opady śniegu, a asfalt zastaliśmy praktycznie suchy, tak jak obiecywali. 🙂 Do tego wszystkiego atrakcyjny pakiet, ładny medal i świetne towarzystwo. (o życiówce nie wspomnę) 🙂

Trochę statystyk

Radek Mękal 949/2653 Międzyczasy
5km 25:13 / 965
7km 36:00 / 1026
9km 47:33 / 1024
10km 52:10 / 1021
15km 01:15:02 / 976
21,097km 01:42:21

Wszystkie fotki, jakie są (mam nadzieję, że jeszcze jakieś będą)

7 comments

  • Witaj Radku! Dziękuję jeszcze raz za wsparcie treningowe i było miło poznać w takiej sytuacji a nie innej na trasie ślężańskiego półmaratonu, gdzie ja również jak Ty i kolega Sławek również ustanowiłem swoją życiówkę (1:45:33)na półmaatonie! Mam nadzieję, że będzie jeszcze okaja się spotkać na innych zawodach lub poprostu trenigu 😉
    Pozdrawiam,

    Jarek
    kom.605747537

    Odpowiedz
  • Gratuluję wyniku! Fajnie się czyta Twój opis z pozycji 2h10min 🙂 Ale to mój pierwszy półmaraton i cel był prosty – dobiec. Pozdrawiam!

    Odpowiedz
  • Fajna relacja! Gratuluje rekordu 🙂 Doda m tylko ze helikopter nie był medyczny tylko naszego sponsora dzięki któremu mamy wszyscy co roku wspaniałe zdjęcia i materiały wykonane przez fotografów z powietrza 🙂

    Odpowiedz
  • Jarek- Dzięki za miłe słowa podczas biegu, dało mi kopa, ale niestety nie mogłem zbytnio porozmawiać, bo czułem już bieg i bardziej bym się zapluł niż z sensem odezwał. 🙂 Na pewno gdzieś się jeszcze spotkamy, świat biegaczy amatorów w brew pozorom nie jest taki duży ;). Powodzenia i pozdrawiam 😉

    Agatti- Dziękuję, cieszę się, że się podoba…mój pierwszy raz skończył się marszo-biegiem z czasem 2:10 i padło stwierdzenie, NIGDY WIĘCEJ…widać jak to się skończyło 🙂

    lo- Dzięki, właśnie przeszło mi przez myśl na samym początku, jak miałem ochotę się rozglądać, że trochę dziwne coby medycy z aparatem się wychylali 🙂 Fajnie 🙂 Będę czekał z niecierpliwością na fotki… 🙂

    Odpowiedz
  • Pingback: Radek Biega » Bieżnia i długi bieg w Sobótce…11/16

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *